Dziś dzień św. Patryka. Irlandzkie święto. Tłumy na ulicach, Brazylijki w koszulkach Kiss me I’m Irish, Chińczycy ubrani na zielono, leprachauny, tęcze, koniczynki, wikingowie, pijane nastolatki, wrzeszczące dzieci i szaleństwo na ulicach. Nie jestem zwierzęciem stadnym, a zatem kiedy Adek umówił się do miasta z kolegą z klasy (mały krok człowieka wielki krok Adziarza) z lubością odpuściłam przebijanie się przez pijane tłumy i zostaliśmy w domu. Cudownie. Tym bardziej, że za oknem szaro, buro, wietrznie, mokro, zimno, dawno nie było tak beznadziejnej wiosny.
Leniwie zatem zaległam na sofie, próbuję trochę pracować, ale idzie mi to wyjątkowo opornie, pozwalam sobie więc na różne przyjemności pomiędzy zaganianiem się do roboty. Przyjemności jak na razie wygrywają. Ech, nie będę się katować, postaram się tylko skończyć jedną jedyną rzecz.