Tytuł 358

Nie lubię swojej rocznicy ślubu. 

Jakoś tak kojarzy mi się niemiło, mimo, że cieszę się, że jesteśmy razem. 

Na samym początku naszego małżeństwa problemem było to, że on nie chciał się żenić;D

Nie chciał, żeby go jakiś pan z łańcuchem pouczał o obowiązkach. Nie chciał całej tej pompy, szafarzu, pozy, ukłonów, uśmiechów, wujków, ciotek i teściów.

No, ale jak byłam w ósmym miesiącu ciąży i mój tato się uparł, że bez ślubu mój Mi nie może ze mną mieszkać.

Z wielkim brzuchem siedziałam na przystanku i zalewałam się łzami, że on mnie chyba nie kocha. Że może tato ma rację. I mama. I wszyscy.

No to wziął ten ślub. Z łachy.

Pojechał na wesele, na którym się upił. A ja leżałam w łóżku z gorączką. W górach. W ciąży. Śnieg po pas. Następnego dnia przyjechał mój ojciec taksówką (100 km w jedną stronę), zapakował mnie do niej, a ja zapakowałam mojego męża. Który przez następne pięć lat mi to wypominał – że tato, że taxi i tak dalej.

Niezbyt dobry początek, prawda?

A najdziwniejsze jest to, że pomimo tego, że złamanego szeląga nikt by nie dał za nas w pamiętnym 1999, jesteśmy jedną z najszczęśliwszych par jakie znam.

Tak się nam dobrze żyje, że możemy nawet wziąć rozwód. Jakby chciał. Zrobię to dla niego tym razem, powiedziałam mu ostatnio. Ale nie chce.

W naszą rocznicę zatem od zawsze wpisane było napięcie – nie ma to jak upić się w rozpaczy za wolnością, nie ma to jak wypominać winy i wylewać żale.

Ale dobrze nam się żyło i jakoś nawet ten szósty marca stał się z czasem bardziej żartem, anegdotą, niż prawdziwą niechcianą rocznicą. To co, będziesz dziś cały dzień marudził, że się ze mną ożeniłeś, mówiłam mu, będziesz miał wymówkę, żeby sobie narzekać. 

Żarty żartami, ale i tak nie nabrałam do dnia sympatii.

(Może trochę.)

Cztery lata temu dzień dzień przed rocznicą naszego ślubu rozpętała się wielka kłótnia. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, ale moja w tym wina duża. W każdym razie przez następny miesiąc nie wiedzieliśmy, czy będziemy razem. Najgorszy czas w moim życiu, najgorsza rocznica czekolwiek.

Ale przetrwaliśmy.

Wybaczyliśmy sobie. Dalej chcemy być razem.

I oto znowu w kolejną rocznicę fatum zawisło, przestraszył mnie cień cycka tym razem, jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało. Dokładniej mówiąć cień sutka. W ramach rzucania palenia i walki z moją psychozą poszliśmy zrobić sobie prześwietlenie płuc w poniedziałek. I zaraz we wtorek rano dzwoni do Mi pani doktor, że jest jakiś cień na jego zdjęciu, żeby się nie przestraszać od razu, bo może być to cień sutka (???), ale zdjecie trzeba powtórzyć. I żeby jak najszybciej zgłosił się do szpitala. 

W środę dzwoni szpital, że powinien przyjść i zdjęcie powtórzyć.  Jak najszybciej. Mi mówi, że przyjdzie w piątek, a oni, że dlaczego nie dzisiaj?

Poszedł w piątek. Wynik w poniedziałek. 

Czekamy.

Już chyba nie polubię naszej rocznicy ślubu.