Jak uniknęłam śmierci z rąk Afrykańskich czarowników

czyli neuroza atakuje.

***

Cały tydzień cieszyłam się na afrykański dzień w szkole. Studenci mieli sprzedawać jakieś swoje etniczne przysmaki, a pieniądze miały byc przekazane na jakiś zbożny cel. Nigdy jeszcze nie próbowałam jedzenia z Afryki, wiec nakręciłam się jak mały samochodzik. Juz we wtorek nie zabralam lanczu, a miałam być w szkole od dziesiątej do dziesiątej. Jak sie okazalo African Day byl zaplanowany na środę. Skucha.

W środę po zajęciach udałam się zatem do kantyny. Wziełam cały afrykański talerz lunchowy, mięsną zapiekankę i od groma ciastek i ciasteczek. Dziewczyny były bardzo miłe, jedzenie wyglądało zachęcająco, a ja byłam głodna jak cholera. Już po chwili usadowiona w fotelu wyłożyłam wszystkie dobrości na stolik przed sobą i zaczęłam wcinać az mi sie uszy trzesly. Do czasu. Dokladnie do momentu kiedy nie wiadomo czemu moja glowa wkrecila sobie, ze jedzenie moze byc zatrute. No bo moze, prawda? Mysl ta przemknela mi po glowie jak blyskawica, w ulamku sekundy cala sie spocilam i zrobilo mi sie duszno. Trucizna dziala, podpowiadala mi moja podswiadomosc. Ty chyba juz calkiem zwariowalas, odpowiadala moja swiadomosc. I tak sobie dyskutowaly nad plastikowym talerzykiem pelnym pomaranczowego ryzu, zoltej kaszki, kurczaka i smazonych bananow. Po chwili podjelam meska decyzje – zapakowalam wszystko do plastikowego pudelka i zawiozlam Mi. Jak umierac to razem.

Jak widac przezylam, choc nigdy nic nie wiadomo – moze klatwa afrykanskich czarownikow dziala podobnie jak cios wibrujacej piesci i skutki sa odczuwalne dopiero po paru miesiacach?

Od dzisiaj postanowilam byc mila dla moich afrykanskich studentow. Nigdy nic nie wiadomo.