Byliśmy dziś z Adziarzem na rowerach w największym parku w Europie. Uwielbiam te nieskończone widoki w samym centrum miasta, ciągnące się zielone łąki, jeziorka, rabatki, pagórki, dolinki, drzewa, drzewa, drzewa. Kolory jesienią są oszałamiające – tylko tutaj widziałam czerwone liście klonu i żółte brzozy na soczyście zielonym trawniku. Temperatura w Irlandii badzo rzadko spada ponieżej zera, trawnik jest więc zielony cały rok.
Rowerzyści, rodziny z dziećmi, mnóstwo biegaczy, spacerowicze, nastolatki z piwem, całe klany rozkładające kanapki i grilla na ławkach parkowych, i przede wszystkim ten zapach zbutwiałych liści, palonego drzewa i rozmokłych ścieżek.
I ta omszałość pod wieczór, Irlandzka wilgoć, lekka mgła i zabytkowe lampy.

***
Park jest naprawdę wyjątkowy. Mieszkają tam jelenie


prezydent Irlandii

i ambasador USA

Biegają tam ludzie w maratonach
a
albo i bez.
Ostatnio skusiliśmy się na zupę dyniową w prześlicznym wiktoriańskim Tea Room’ie z początku 19 wieku. Zupa jak zupa (robię równie pyszne), ale wnętrze i zewnętrze niezapomniane:


(wszystkie zdjęcia z sieci).