Tytuł 391

Byliśmy dziś z Adziarzem na rowerach w największym parku w Europie. Uwielbiam te nieskończone widoki w samym centrum miasta, ciągnące się zielone łąki, jeziorka, rabatki, pagórki, dolinki, drzewa, drzewa, drzewa. Kolory jesienią są oszałamiające – tylko tutaj widziałam czerwone liście klonu i żółte brzozy na soczyście zielonym trawniku. Temperatura w Irlandii badzo rzadko spada ponieżej zera, trawnik jest więc zielony cały rok. 

Rowerzyści, rodziny z dziećmi, mnóstwo biegaczy, spacerowicze, nastolatki z piwem, całe klany rozkładające kanapki i grilla na ławkach parkowych, i przede wszystkim ten zapach zbutwiałych liści, palonego drzewa i rozmokłych ścieżek.

I ta omszałość pod wieczór, Irlandzka wilgoć, lekka mgła i zabytkowe lampy.

 

***

Park jest naprawdę wyjątkowy. Mieszkają tam jelenie

 

prezydent Irlandii

i ambasador USA

Biegają tam ludzie w maratonach

a

albo i bez.

Ostatnio skusiliśmy się na zupę dyniową w prześlicznym wiktoriańskim Tea Room’ie z początku 19 wieku. Zupa jak zupa (robię równie pyszne), ale wnętrze i zewnętrze niezapomniane:

(wszystkie zdjęcia z sieci).