Tytuł 389

 

 Głęboka trauma mnie nie wciąga, ale udawanie, że jej nie ma mnie odrzuca.

Odrzuca mnie zakłamanie, udawanie, pozłotka, banał wystawiany na widok, kiedy pod spodem gotuje się i wrze. 

Udawanie, że dom jest ciepły, gdy piździ w nim jak na Antarktydzie lub jest gorąco jak w piekle. Pokazywanie wesołych dzieci, gdy tak naprawdę dzieci uśmiechają się na siłę. Banał nie jest bowiem codziennością, ale jest uproszczeniem, jest pozorem, jest stwierdzeniem na tyle płytkim, że nic nie wyraża.

I tak sobie myślę jak wiele zależy od interpretacji tekstu czytanego – nie, absolutnie nikomu tu nie zarzucam złej interpretacji, raczej sobie mogę tu zarzucać złe pisanie, nieprecyzyjność wypowiedzi, nieumiejętność wyrażenia tego, co mi w duszy gra. Pamiętać trzeba, myślę sobie, pamiętać warto, że wszystko to co sobie tu piszemy wielorako może być odebrane, wielorako i nieraz odlegle od naszych zamierzeń. Cóż, „aby język giętki” nie tylko moim było i jest pragnieniem.

Zostając w klimacie interpretacji i polemiki  dziś na obiad falafle,  pyszne, cudowne, pachnące wschodem, arabskie i żydowskie równocześnie falafle, placuszki z ciecierzycy z chrupiącymi nasionami kolendry i kminku, cudowne gorące konkretne widoczne ucieleśnienie zgody. Najpyszniejsze zrobione samemu, gorące maczane w greckim jogurcie z czosnkiem i amerykańskim tabasco, wygodnie umoszczone na świeżych liściach szpinaku albo polskiej sałaty, spod których wyziera meksykańska tortilla.