Idealne ukonkretnienie wolności.
Maluję pazury u stóp na czerwono.
Czynność równie bezsensowna, co sypanie mandali. Albo Mandeli.
Z tym większą przyjemnością oddaję się jej dzisiejszego wieczoru. Moja mała manifestacja wolności, nie muszę, ale mogę i w dodatku nic mi to nie daje. Ani nikomu innemu, powiedziałabym, że nie wywołuje to żadnych estetycznych doznań u nikogo. Nie przydaje światu ani więcej piękna ani radości, memu Mi jest to bowiem całkowicie obojętne.
Lakier zacznie odpadać za paręnaście dni, zacznie się łuszczyć i kruszyć na końcach.
Będzie wyglądał brzydko coraz brzydziej i codziennie będę się patrzyła jak jest go mniej i mniej, codziennie biała, niepomalowana przestrzeń pomiędzy końcem paznokcia a początkiem lakieru będzie się powiększała, aż w końcu zostanie tylko mała, czerwona plamka, w kształcie Rzeczpospolitej Polskiej, Nairobii albo Brazyli, położona w 3/4 długości paznokcia (mierząc od środka stopy), jedyny widzialny znak przekwitłej świetności paznokci, której nikt nie miał okazji podziwiać. Codziennie rano pod prysznicem będę kontemplowała znikanie czerwonej kropki i nie zrobię niczego, by przyśpieszyć jej agonię. Polska straci najpierw najprawdopodobniej Kotlinę Kłodzką, Brazylia południowo-wschodnią jej część, stany, miasta, wsie i pola odpadały będą kawałek po kawałeczku, piędź po piędzi. A ja, nie zmuszana siłą postronnych pogardliwych spojrzeń nie poderwę się raz jeszcze, by domalować złuszczałe fragmenty czerwonej politury, odbudować zatarte kontury, raz jeszcze wytyczyć granice pomiędzy białym a czerwonym.
Precz z utylitaryzmem, precz z podporządkowaniem się wrednej wszechobecnej konieczności! Precz z tyranią sensu!
Czynność cudownie całkowicie bezinteresownie bezsensowna. Pochwała niekonieczności.