Lakier

Idealne ukonkretnienie wolności. 

Maluję pazury u stóp na czerwono.

Czynność równie bezsensowna, co sypanie mandali. Albo Mandeli. 
Z tym większą przyjemnością oddaję się jej dzisiejszego wieczoru. Moja mała manifestacja wolności, nie muszę, ale mogę i w dodatku nic mi to nie daje. Ani nikomu innemu, powiedziałabym, że nie wywołuje to żadnych estetycznych doznań u nikogo. Nie przydaje światu ani więcej piękna ani radości, memu Mi jest to bowiem całkowicie obojętne.

Lakier zacznie odpadać za paręnaście dni, zacznie się łuszczyć i kruszyć na końcach.

Będzie wyglądał brzydko coraz brzydziej i codziennie będę się patrzyła jak jest go mniej i mniej, codziennie biała, niepomalowana przestrzeń pomiędzy końcem paznokcia a początkiem lakieru będzie się powiększała, aż w końcu zostanie tylko mała, czerwona plamka, w kształcie Rzeczpospolitej Polskiej, Nairobii albo Brazyli, położona w 3/4 długości paznokcia (mierząc od środka stopy), jedyny widzialny znak przekwitłej świetności paznokci, której nikt nie miał okazji podziwiać. Codziennie rano pod prysznicem będę kontemplowała znikanie czerwonej kropki i nie zrobię niczego, by przyśpieszyć jej agonię. Polska straci najpierw najprawdopodobniej Kotlinę Kłodzką, Brazylia południowo-wschodnią jej część, stany, miasta, wsie i pola odpadały będą kawałek po kawałeczku, piędź po piędzi. A ja, nie zmuszana siłą postronnych pogardliwych spojrzeń nie poderwę się raz jeszcze, by domalować złuszczałe fragmenty czerwonej politury, odbudować zatarte kontury, raz jeszcze wytyczyć granice pomiędzy białym a czerwonym.

Precz z utylitaryzmem, precz z podporządkowaniem się wrednej wszechobecnej konieczności! Precz z tyranią sensu!

Czynność cudownie całkowicie bezinteresownie bezsensowna. Pochwała niekonieczności.

Tytuł 392

Bardzo bardzo zajęta jestem ostatnio, co jak na razie nie przekłada się tak bardzo na wypłatę, ale mam nadzieję, że się w końcu tego doczekam. Podobno wyciągnięcie swoich pieniędzy z Uniwerku to koszmar dla takich jak ja wykładowców ogryzków, traktuję więc Uni na razie jak świnkę skarbonkę, którą przecież rozbiję prędzej czy później.

A w mojej szkole jazda bez trzymanki, zabawa na całego, padlibyście gdybyście się dowiedzieli, czego uczę, przedmioty od Sasa do Lasa, od tańca do różańca – począwszy od zajęć na temat psychologii rozwojowej dziecka (hłe hłe) a skończywszy na demografii. Na szczęście poziom niektórych kursów to liceum łamane przez gimnazjum i na przykład wczoraj moi studenci byli szczęśliwi mogąc w grupach układać swoiste puzzle, przyklejać je na kartki, by w nagrodę dostać po Mikołaju-lizaku. O. Trochę inaczej jest na Uni, oczywiście.

W przerwach gotuję.

Gotowanie uspokaja i nastraja medytacyjnie. Wczoraj na przykład zupa curry marchewkowa z nutką, a właściwie całą melodią imbiru wbiła mnie w zachwyt na pół dnia, szybka, prosta, niebanalna i nawet Adziarzowi smakowała. Jutro cukinie zapiekane z serem, fantastyczne rozwiązanie dla czających się w czeluściach lodówki sześciu cukini po 29 centów sztuka upolowanych wczoraj na promocji w Lidlu.

W przerwach również biegam, tym razem 3x9min i dwa razy dwie minuty ćwiczeń rozciągających w środku. Bieganie jest – och, nawet nie będę tego opisywać, zapomnijcie – powiem tylko, że bardzo, bardzo dobrze robi na głowę. I człowiek się uzależnia od tego uczucia lekkości po biegu. Staram się biegać co drugi dzień, chyba, że czuję zmęczenie organizmu objawiające się lekkim bólem mięśni i takim stanem ogólnego przemęczenia, wtedy odpuszczam. Nie lubię siebie katować.

I tylko brakuje mi przerw na pracę naukową, bo – niestety – przygotowanie zajęć taką nie jest.

Za to Mi oddaje się nauce na całego, nigdy w życiu nie widziałam go aż tak zajętego. Po zacięciu, z jakim próbuje się wyrwać z klasy robotniczej widać, że tak zwana praca fizyczna dopiekła mu aż po same uszy. Jego motywacja przekonuje mnie, że wszyscy studenci przed rozpoczęciem studiów powinni pracować w fabryce co najmniej dwa, trzy lata.