Adziarz jest najmniejszy w klasie i bardzo to przeżywa.
Zawsze był trochę mniejszy niż inne dzieciaki, ale różnica nigdy nie była tak duża jak teraz. I choć dzielnie się trzyma dziesiątego centyla, to większość jego kolegów jest od niego o głowę lub dwie wyższa. Od dawna się tym martwiłam i wyrzucałam sobie, że to przez to, że w ciąży brałam leki, że za mało jadłam, że byłam za chuda, że za dużo piłam mleka i miał alergie jak był malutki, że za późno to zauważyłam, że źle go karmiłam, że źle go karmię, że za mało jadł, że za mało je, że je nie to, co trzeba, że złą matką, złą matką jestem. Przez wiele lat dusiło mnie typowe macierzyńskie poczucie winy. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina i znikąd pomocy.
W dobrych chwilach pamiętałam, że przecież ja też bardzo długo byłam najmniejsza i najchudsza w klasie i bardzo późno zaczęły mi cycki rosnąć, a przez ładną część podstawówki chłopaki na czele z okropnym Kostrzeskim wołali na mnie Szkieletor.
W złych chwilach przypominałam sobie ze szczegółami, jak to na wakacjach po czwartym roku pracowaliśmy z Mi w Holandii przy cebulkach i odżywialiśmy się najtańszym waciastym chlebem posmarowanym najtańszym topionym serkiem wyciskanym z tzw. parówy, na widok których to produktów, udających żywieniowe, skręcało mnie na dzień dobry, bo już w ciąży byłam. O czym jeszcze nie wiedziałam. Jakie tam tabletki dla kobiet w stanie! jaki tam kwas foliowy! owoce! warzywa! niczego nie miałam. Najtańsze z możliwych konserwy turystyczne, groszki konserwowe, kukurydze puszkowe, czerwone coś wyglądające jak pomidory, po ugryzieniu czego trudno było ten smak zaklasyfikować do jakiejkolwiej kategorii rzeczy jadalnych, tańsze dwa razy od tych pomidorów, które rzeczywiście smakowały jak pomidory, chleb tostowy przypominający w dotyku płatki kosmetyczne do zmywania makijażu, a na obiad frikandele z wody, czyli najtańsze ichnie kiełbasy na gorąco albo zupki chińskie czy ryż z cebulą. Byle taniej. Bo szkoda pieniędzy na jedzenie. Adziarz właśnie wtedy zostawał morulą, następnie blastulą i dalej pracował nad swoją smugą pierwotną, by w końcu pofałdować się w blastodermę i nerwowo przymierzać się do wytworzenia układu nerwowego. A ja walczyłam z odruchami wymiotnymi na widok jedzenia, z gorączką, nieustannym kaszlem, wilgotnym śpiworem, mokrymi ciuchami i nieustannie padającym deszczem, z poczuciem porażki, kiedy co rano Mi wyjeżdżał na rowerze szukać pracy, a ja nie miałam siły wyjść z namiotu. I z tej Holandii z Adkiem już przyjechałam malutkim w środku, za którego małość się winiłam potem nieustannie.
Aż tu wczoraj odkryłam kontytucyjne opóźnienie wzrostu i alleluja! Wszystko się zgadza! Nie zostanę skazana na wieczne potępienie, a moje dziecko na małość – to być może po prostu późne dojrzewanie. Dziedziczone genetycznie w 60-90% procentach. Rozwój nietypowy, ale jak najbardziej normalny.
Mogę już zdjąć włosiennicę, przestać się biczować, podnieść głowę i umyć włosy posypane popiołem.
Urośnie.