Tytuł 398

3×8 dzisiaj po raz pierwszy. W środku 2 i 1 minuta rozciągania. Biegło mi się świetnie, biega mi się coraz lepiej. Taka dżdżysta aura pasuje do biegania, kolorowe liście i jesienny zapach. Biega się fajnie, myślę sobie biegnąc. Trochę mnie tylko przeraził ten biedny niedoszły maratończyk wczorajszy, co skonał na 14 kilometrze na trasie w Poznaniu, chłopak młodszy ode mnie, rany, pewno też dłużej trenował, biegł biegł i nagle koniec, myślę sobie biegnąc, i wsłuchuję się w swój oddech, w swoje serce, w swoje ciało, ale nic poza strachem pętającym oddech nie czuję. 

W sobotę poszalałam, było bardzo nananana, poszłam i widziałam to i to. Pierwsze dość sztampowe, ale fajnie zagrane, o Dublinie, więc cieszyły wszystkie lokalne smaczki. Dobrze zrobiona przyzwoita rozrywka, prosta opowieść o tym, jaki to Dublin jest wielokulturowy, jak to różne historie ludzi z różnych stron świata splatają się w jedną sieć w tym małym dużym mieście. Choć dla mnie zbyt uproszczone, zbyt powierzchownie założone, że się splatają i że się łączą, bo tak naprawdę, to jest tak w dużo mniejszym stopniu niż chcielibyśmy, żeby tak było. Tak naprawdę różne mniejszości żyją sobie w swoim świecie i nie są tak chętnie zapraszane do integracji przez Irlandczyków, co jest oczywiście najzupełniej zrozumiałe, bo tubylcy mają swoje tubylcze znajomości od stu lat, przyjaźnie od podstawówki i zardzewiałe miłości, nie bardzo więc mają czas i możliwość zaprzyjaźniać się z Innymi, którzy mówią jakoś dziwnie, mają inne poczucie humory, oglądali inne bajki w dzieciństwie i jedzą inne jedzenie. 

A to drugie, co oglądałam, to najlepsze, co widziałam na scenie od jakiś pięciu lat. Co tylko świadczy o tym, jak rzadko chodzę do teatru, niestety. To drugie też było o historiach, ale opowiedzianych z dystansem i poczuciem, że są one właśnie tym, czym są: historiami. Które sobie opowiadamy, by kimś być, by się kimś stać, by poczuć, że jesteśmy. A wszystko zrobione w jakimś takim tempie zupełnie nastolatkowym, choć aktorzy koło pięćdziesiątki, bez zadęcia i pozowania, że się wie więcej, niż się wie i że wobec tego się powie. Wygłosi. Doradzi. Czyli bez starszo-Holoubkowej dykcji i Zanussiowej natrętnej dydaktyki, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. I jeszcze podobało mi się, że starsi aktorzy się rozbierali. I pokazywali, bez szczególnej egzaltacji, że to ciało takie jest właśnie, takie cielesne – trochę pomarszczone, trochę za duże, trochę poznaczone żyłkami, trochę obwisłe. Że takie jest. Naprawdę. A nie takie, jak w kinie.