Tytuł 417

No dobra, wróciliśmy i co robimy? Niektórzy chodzą do szkoły, a niektórym to się powodzi i siedzą w domu. Wśród papierzysk i książysk, oczywiście, ale i tak mają lepiej.

Wróciłam i micha mi się cieszy non stop, właściwie nie przestaję się uśmiechać, a jak przestaję, to i tak się uśmiecham wewnętrznie, do samej siebie środka, tak mnie pozytywnie ta Polska naładowała („życzę Ci, żebyś pod koniec semestru dalej się tak uśmiechała” powiedziała mi wczoraj po szkoleniu koleżanka z pracy. Jeśli był w tym sarkazm, to nie złapałam, ech, te różnice kulturowe). W sumie nic się nie zmieniło, dalej pisanie artykułu to zło, pisanie programów nauczania nudziarstwo przeważnie, kupiłabym sobie nowy jesienny płaszczyk, ale nie mam kasy oraz martwię się, co będzie dalej, bo mąż mój rozpoczyna nowy etap życia, w którym nie będzie przynosił do domu ani złotówki, ani euro, a właściwie będzie przynosił dochód ujemny przez rok, a moja praca – wiadomo – patykiem na piasku jak zwykle pisana, choć na tym etapie to już na piaskowcu na szczęście, no więc martwię się tym wszystkim i jeszcze innymi rzeczami, ale martwię się jakoś tak nie do końca wewnętrznie. Jakbym była Ziemią to bym powiedziała, że martwię się płaszczem górnym i dolnym, no, może czasami jądrem zewnętrznym, ale jądro wewnętrzne wciąż niewzruszenie cieszy michę, uśmiecha się swoim wewnętrznym okrągłym 360ciu stopniowym uśmiechem.

Tak się właśnie czuję. Jak zadowolone jądro.

Choć sprawy w Pl nie były tak różowe, oj nie, niektóre wręcz były problematyczne i przytłaczające, właściwie takiego najchujowszego typu ‚nie ma nadziei na poprawę’ i ‚raczej nie da się nic zrobić’, wszyscy znamy takie sprawy, w szczegóły nie mogę sie wdawać, bo nie moje to tajemnice. Ale na szczęście inne sprawy były tylko smutne czy melancholijne, a niektóre nostalgiczne czy wręcz wesołe i radosne, promieniste i słoneczne. Adek na przykład miał swój szczęśliwy czas, spełniony sen późnego dzieciństwa, koledzy, koledzy, koledzy i granie w mecza do późnych godzin nocnych, pierwsze samodzielne wyjście na basen (mamo mogę? możesz! Naprawdę?? No pewno, a dlaczego nie? Dobra, to powiedz mi tylko gdzie mam paszport! Paszport?!?! …… cicha myśl: aquapark w Berlinie???? …… No paszport, żeby im udowodnić że NAPRAWDĘ mam 13 lat!), wieczne przesiadywanie u Walusia, Sznycelki, Adamusa i Janka. Lody w stu smakach. Napoje w piędziesięciu. Temperatura w trzydziestu stopniach. Żar jak z piekarnika na dworze i przyjemny chłód klatki schodowej.

Tytuł 418

Przyjechalismy.

Miasto w sobotę rano wyglądało na tak samo niewyspane, jak my. 

Po raz pierwszy mi się nie podobało, nie czułam tego specjalnego sentymentalnego drgnięcia serca, tylko „i to ma być MOJE miejsce na ziemi???”. Ale to może kwestia niewyspania. I kaca.

Bowiem poprzedniej nocy poszliśmy jeszcze na ostatnie, pożegnalne spotkanie z przyjaciółmi, którzy specjalnie dla nas pędzili przez pół Polski, by spędzić z nami pół wieczoru. Pół wieczoru przeciągnęło się do północy, a potem zamieniło w pół nocy, kiedy o 3 stwierdziliśmy, że może już nie ma sensu kłaść się spać, by za dwie godziny wstawać. Byliśmy w domu zatem o 5.20, by tylko obudzić Adziarza, wziąć szybki prysznic, 2 walizy i 4 torby i popędzić na lotnisko.

Ale może to jest sposób, pomyślałam w samolocie, sposób, by nie bać się latania, by mieć właściwie wszystko w nosie, oprócz koszmarnego zmęczenia, lekkich odruchów wymiotnych spowodowanych wypaleniem 30 papierosów w knajpie i suchości w ustach z powodu wypicia 5? 6? piw Tyskie i Ćerny Kozel.

Ceną za brak strachu przed lataniem jest starość spojrzenia po przyjeździe na miejsce i 4 godziny urywanego snu w środku pięknego, słonecznego dnia po powrocie.

Dom pachniał myszami. 

Albo tym czymś, co jest w domu, kiedy nikogo w nim nie ma – zastałym powierzem, kurzem, zapomniana puszką po tuńczyku. I jeszcze czymś, co zostaje w pustym domu, który został opuszczony przez samotnego faceta, który się starał – resztkami papierków i czegoś przypominającego tytoń na stole w dużym pokoju, paroma pustymi butelkami po piwie w kuchni, wypraną pościelą suszącą się od dwóch tygoni na krzesłach w sypialni i salonie.

Był jak opuszczone, niezgrabne, samotne zwierzę, o zastałym zapachu tęsknoty.

A zatem zaraz od wejścia musieliśmy zacząć go oswajać od nowa: otworzyliśmy okna na przestrzał, podnieśliśmy żaluzje, wyrzuciliśmy puszkę po tuńczyku. Wywaliliśmy zaschnięte kwiatki, żyjące podlaliśmy. Powycieraliśmy stół w salonie i blaty w kuchni. Nastawiliśmy zmywarkę, bo umyte naczynia stojące w niej od dwóch tygodni też pachniały myszami. Poskładaliśmy pranie. Wytarliśmy kurze. Ściągnęliśmy komputery ze strychu i pochowaliśmy tam kabelki. Poskładaliśmy papiery, książki i zeszyty wyciągnięte przez samotnego faceta w czasach jego samotności. Pooglądaliśmy trzy odcinki Family Gay’a. 

I dopiero dziś, po obudzeniu się rano poczułam, że jestem w domu.