Tytuł 412

I takie tam problemy dnia codziennego, Mi ma do przeczytania 200 stron (NIE PRZESADZAM) na jeden wykład jednej pani (i na kolejny z 90), pani jest jest jedną z bardziej znanych młodych badaczek z dziedziny, ale przyznajcie, że w tej kwestii kompletnie odjechała, ŻADEN normalny człowiek nie jest w stanie czytać z tygodnia na tydzień 200stu stron na jeden przedmiot, i mówię to jako wykładowca, a nie jako żona studenta, prawda. No umówmy się, że to już przesada, nawet, jeśli się nie ma życia osobistego, jak się pani pochwaliła. Bo człowiek ma jeszcze myśleć, a nie tylko czytać, ma jeszcze układać sobie w głowie o czym by chciał pisać magisterke, bo człowiek musi jeszcze zdążyć napisać cztery eseje zaliczeniowe każdy na 3-4 tysiące słów, człowiek jeszcze musi zadawać pytania i się zastanawiać, a nie tylko wrzucać w siebie setki stron akademickiego języka. Tak sobie myślę. Ale może się mylę.

A teraz będę się obrzydliwie wywnętrzać, wręcz dosłownie, więc w trakcie posiłku nie czytać.

Wygrzebuję się z ostrego ataku wrzodów albo cholera wie czego, ale w każdym razie czegoś cholernie upierdliwego i bolesnego, po wakacyjnym luziku myślałam, żem już uleczona i dalejże śledziki w occie i serek ze szypiorkiem, zupa chrzanowa, trzy mocne kawy w międzyczasie na dzieńdobry, pieczone kiełbasiory i kanapki z wasabi, a już szczytem było domowe curry (tak przy okazji – cudowne!) ostre jak powinno być prawdzie kury, bo robione od podstaw, a nie ze zwietrzałej przyprawy o nieokreślonym zapachu stojącej latami na półce. No i po tym kury tak mnie wzięło i zaczęło męczyć, alem się jeszcze przewałowała jednej nocy i rano było w miarę ok. Do drugiej mocnej kawy. W szkole jak mnie złapało, to myślałam, że odlecę, patrzyłam na zamglonych ludzi na zebraniu i zastanawiałam się, czy już mdleję, czy jeszcze chwilę dam uciągnąć, a kiedy kiedy już zakupiłam różne specyfiki i zarzuciłam pół litra gavisconu i cztery tabletki do żucia i było trochę lepiej dołożyłam sobie niechcący zupką pomidorową w knajpie, co była tak ostra, że gębę wykręcała, alem się przecież już lepiej czuła, nieprawdaż. I takem się lepiej czuła, że przez następne 24 godziny miałam pełen odlot na sofie, z macaniem brzucha, czy już „deskowaty”, jak mądre strony wuwuwu pouczały, i czy czas już jechać na pogotowie, bo niechybnie wrzody pękają i niedługo umrę.

Ale jak widać nie umarłam, czyli standard. 

Już po wizycie u doktora wszystko się powoli uspokoiło, jestem idealnym pacjentem placebo, w sumie służba zdrowia powinna takich pacjentów promować, bo są najtańsi. Oprócz tego staram się zachować dietę, ale bez przesady, bez kawy to ja się tak nie bawię. Doktor wstępnie potwierdził diagnozę Dr Googla i dał skierowanie. To pójdę se i zrobię, a co. I dał leki, te same co wcześniej.

A teraz udam się do pracy, bo coż powiecie na to, że już się zbliża i no niestety nie lato, ale szkoła wesoła.

Acha – to się jeszcze pochwalę. Ups, prawie bym zapomniała się pochwalić!: dostałam propozycję wykładu na PRAWDZIWYM UNIWERSYTECIE. Hehehehehehehehehe.

I oto mam efekty chodzenia na konferencje – w maju przed konf biegając po trawniku i szukając po całym kampusie sali TD3B3.54, skręcając ostatniego szluga z nerwów spotkałam mojego byłego szefa. Który jest teraz szefem na PRAWDZIWYM UNIWERSYTECIE. I do niego powiedziałam heloł i najs tu mit ju i w ogóle popatrz, przyjechałam na konferencję i się rozwijam i jakbyś kogoś tam potrzebował to oto jestem.