Dziś Mi wstał raniutko, spakował swój plecacek, 3 kupione zeszyty, długopis, ksera, kanapki na lunch, pieniądze na wszelki wypadek i pomaszerował do szkoły. Właściwie to pomknął. Na rowerze. I nie do szkoły, ale na Uniwerek. Bo dziś wielki dzień – Mi zaczyna rok szkolny.
W nocy nie mogliśmy spać. Mi nie mógł, bo ja chrapałam. A ja nie mogłam, bo Mi mnie budził, że chrapię. Chrapię całe życie i Mi to nigdy nie przeszkadza. Przeważnie. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj spał jak mysz pod miotłą, choć pewnie by zaprzeczył, gdybyście go zapytali. Powiedziałby, że to przez to, że ja chrapałam.
Mi wyjechał godzinę przed zajęciami. Po dwudziestu minutach dzwoni, że się zgubił. Mi się nigdy nie gubi. Gdybyście go zapytali, to oczywiście nie zgubił się z nerwów. Po prostu wjechał w jakąś uliczkę, myślał, że tam będzie skręt w lewo, ale nie było i musiał skręcić w prawo i się zgubił. I gdzie jestem i jak mam jechać.
Mi dzwoni na przerwie między wykładami. Poprosiłam go o to. Denerwuję się. I dzieli się pierwszymi wrażeniami. Że pani jest fajna. Że mała grupa. Że nie jest najstarszy (ufff).
Takie przygody ma Mi.
A Adziarz? Adziarz to stary wyjadacz. Szkolny wyga. Doświadczony uczeń. Wyluzowany gostek. Lunch – luz, zeszyty – luz, nauczyciele – luz. Najki jako obuwie szkolne to jedyny jego problem. I może jeszcze Shane, który po raz kolejny pociął dzieciakom plecaki. Właściwie to nie sam Shane, tylko to, że ja, mama, wybieram się do dyrektora ZROBIĆ AFERĘ.
Ale tak na prawdę nic mu nie spędza sen z oka.