Tytuł 418

Przyjechalismy.

Miasto w sobotę rano wyglądało na tak samo niewyspane, jak my. 

Po raz pierwszy mi się nie podobało, nie czułam tego specjalnego sentymentalnego drgnięcia serca, tylko „i to ma być MOJE miejsce na ziemi???”. Ale to może kwestia niewyspania. I kaca.

Bowiem poprzedniej nocy poszliśmy jeszcze na ostatnie, pożegnalne spotkanie z przyjaciółmi, którzy specjalnie dla nas pędzili przez pół Polski, by spędzić z nami pół wieczoru. Pół wieczoru przeciągnęło się do północy, a potem zamieniło w pół nocy, kiedy o 3 stwierdziliśmy, że może już nie ma sensu kłaść się spać, by za dwie godziny wstawać. Byliśmy w domu zatem o 5.20, by tylko obudzić Adziarza, wziąć szybki prysznic, 2 walizy i 4 torby i popędzić na lotnisko.

Ale może to jest sposób, pomyślałam w samolocie, sposób, by nie bać się latania, by mieć właściwie wszystko w nosie, oprócz koszmarnego zmęczenia, lekkich odruchów wymiotnych spowodowanych wypaleniem 30 papierosów w knajpie i suchości w ustach z powodu wypicia 5? 6? piw Tyskie i Ćerny Kozel.

Ceną za brak strachu przed lataniem jest starość spojrzenia po przyjeździe na miejsce i 4 godziny urywanego snu w środku pięknego, słonecznego dnia po powrocie.

Dom pachniał myszami. 

Albo tym czymś, co jest w domu, kiedy nikogo w nim nie ma – zastałym powierzem, kurzem, zapomniana puszką po tuńczyku. I jeszcze czymś, co zostaje w pustym domu, który został opuszczony przez samotnego faceta, który się starał – resztkami papierków i czegoś przypominającego tytoń na stole w dużym pokoju, paroma pustymi butelkami po piwie w kuchni, wypraną pościelą suszącą się od dwóch tygoni na krzesłach w sypialni i salonie.

Był jak opuszczone, niezgrabne, samotne zwierzę, o zastałym zapachu tęsknoty.

A zatem zaraz od wejścia musieliśmy zacząć go oswajać od nowa: otworzyliśmy okna na przestrzał, podnieśliśmy żaluzje, wyrzuciliśmy puszkę po tuńczyku. Wywaliliśmy zaschnięte kwiatki, żyjące podlaliśmy. Powycieraliśmy stół w salonie i blaty w kuchni. Nastawiliśmy zmywarkę, bo umyte naczynia stojące w niej od dwóch tygodni też pachniały myszami. Poskładaliśmy pranie. Wytarliśmy kurze. Ściągnęliśmy komputery ze strychu i pochowaliśmy tam kabelki. Poskładaliśmy papiery, książki i zeszyty wyciągnięte przez samotnego faceta w czasach jego samotności. Pooglądaliśmy trzy odcinki Family Gay’a. 

I dopiero dziś, po obudzeniu się rano poczułam, że jestem w domu.