Domy. Domy, domy, domy. Wiemy nareszcie czego nie chcemy, coraz bardziej precyzyjnie wiemy też, co chcemy. Oczywiście w kontekście tego, co możemy. A więc: skoro dom, to ogród, skoro ogród, to od południowej/południowo zachodniej strony. Nasz pierwszy obejrzany dom w ‚lepszej dzielnicy’ (wielu Irlandczyków by się tutaj zaśmiało, bo co to za lepsza dzielnica, ten Crumlin), ale taki, na który byłoby nas jeszcze stać, miał północny ogród. Dom niezbyt duży (85 m2), ale i nie za mały (domki w standardzie mają 65 m2), z dużą, w miarę przyjemną dla oka dobudowaną kuchnią ze stołem, dużym stołem w kuchni, rozumiecie – DUŻY, DREWNIANY STÓŁ W KUCHNI! I dalej typowo – dwie sypialnie na górze, plus łazienka, ale z wanną, sanitariaty akurat do wymiany, malutki pokój na dole i do tego dość duży salon, nie ogromny, ale nie malutki, niestety – ciemny jak umysł J.Kaczyńskiego, bo bez żadnego okna na świat, właśnie przez tę dobudowaną kuchnię od strony ogrodu. Wszystko oczywiście stare, ale nie koniecznie od razu do wymiany, coś jak u ciotki, u której nie było remontu od lat dwudziestu, ale można tam mieszkać jeszcze i przez dziesięć – ściany lekko przybrudzone, tapety się w paru miejscach odklejają, drzwiczki szafek w kuchni trochę odpadają, pachnie wilgocią i roztoczami, ale można przeżyć dopóki się nie zbierze na remont. Dom frontem do południowego wschodu, a raczej południa bardziej, czyli ogrodem do północy, ale ogrodem dość dużym, pozarastanym, z jakimiś trawiszczami, krzaczorami i w ogóle przygodą. Było późne majowe popołudnie i niskie słońce cudownie oświetlało teren wpadając przez kuchenne okno kładło się promieniami na tym stole… Dzielnica niby ta lepsza, okolica w porządku, biegające kilkuletnie dzieciaki zaciekawione co się dzieje i czy będziemy ten dom kupować. ‚Ja tu mogę mieszkać’ powiedziałam do M wychodząc, bo już widziałam Morniaka znikającego ze swoim wózeczkiem i okoliczną bandą za rogiem. Ale. Zanim zadzwonilśmy, żeby złożyć ofertę (jak to się robi w Irl, o czym później), porozmawiałam z moim młodszym bratem. I nie. Nie-nie-nie-nie-nie, ogród od północy to zimna ściana, mech, wilgoć, grzyb, brak słońca w miesiące zimowe, właśnie wtedy, kiedy jest towarem deficytowym, wyjście z kawką na ogród od października do kwietnia odpada zupełnie, ciemno, zimno i piździ i w ogóle depresja kliniczna. A ta piękna kuchnia, co mi się tak podobała, to przez pół roku zmienia się w zimną, ciemną pieczarę, bo słońce bywa w niej tylko wieczorami w miesiącach letnich. No i odpadła ‚lepsza dzielnica’, dom dwa tygodnie później został sprzedany za cenę na granicy naszych możliwości.
Kategoria: Wszystko
Tytuł 61
Pogoda w tym roku oszalała, skwar w Irlandii! przez trzy dni wprawdzie, ale się liczy. Wykorzystaliśmy to zatem i byliśmy dwa razy nad morzem. Ta bliskość morza, to jedna z rzeczy, które sobie bardzo tutaj cenię, autobus, kolejka i jesteśmy na plaży w ciągu trochę ponad godziny. Zawsze chciałam mieszkać blisko morza, niestety, raczej nie w tym życiu, bo blisko morza w Dubinie znajdują się tak zwane dobre dzielnice z domami za (średnio) 500 tysięcy. A my będziemy się przeprowadzać jeszcze bardziej na zachód niż nasze obecna miejscówa, czyli jeszcze dalej od morza, no cóż, ale za to blisko parku.
A to Moriniak niedawny.

Tytuł 62
W międzyczasie zaczęłam zbierać dokumenty, aby starać się o kredyt mieszkaniowy, zdawałam sobie jednak sprawę, że będzie to trudne, z uwagi na to, że ja mam pracę na kontrakt, a M – od kiedy zdecydowaliśmy się wyrwać go z fabryki – dołączył do szeregów prekariatu, pracując najpierw w community employment scheme, czyli programie dla bezrobotnych sponsorowanym przez rząd, a później parę godzin w mojej szkole. Taka praca bardzo nam obecnie odpowiada ze względu na zdobywanie doświadczenia i równoczesną możliwość opieki nad Mo,której dobrobyt jest dla mnie najważniejszy – możemy bez problemu wymieniać się maleńtasem zatrudniając opiekunkę tylko na parę godzin tygodniowo i nie musimy oddawać jej do żłobka, ale z punktu widzenia banku jest bezwartościowa. W sierpniu zeszłego roku powiedziano nam, że możemy starać się o kredyt, jak M podpisze ze szkołą kolejną umowę na więcej godzin i kiedy moja menagerka zgodziła się, by przejął jedną moją grupę studentów od stycznia, złożyliśmy wniosek. W międzyczasie dostaliśmy list z podwyżką czynszu o 25%, 250 euro więcej na miesiąc, ale też w końcu udało się nam odzyskać spadek M z Polski, który akurat wystarczył na depozyt i jeszcze trochę, wyglądało więc, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Papiery zostały wypełnione i złożone, a ja zajmowałam się śledzeniem nieruchomości na necie. Aż tu nagle, po dwóch miesiącach czekania, dostaliśmy odpowiedź odmowną. Bank nie bierze pod uwagę zarobków M, a tak w ogóle, to według bankowych wytycznych z dwójką dzieci, po odliczeniu raty kredytu, musimy mieć 2250 euro na życie i nie przekonały ich żadne argumenty, że na przykład w chwili obecnej płacimy ponad dwa razy więcej za wynajem, niż by wynosiła rata kredytu, więc od lat dajemy sobie dobrze radę z naszymi finansami. Byliśmy w dwóch bankach i w każdym powiedziano nam to samo, zupełnie nie biorąc pod uwagę tego, że mamy własny wkład na 1/3 mieszkania. Wizja bezdomności znowu zaczęła mnie straszyć, a rosnąca histeria w mediach nie pomagała (klik – o rodzinach z dziećmi, które zgłosiły się na posterunek policji, by móc spędzić noc w areszcie, by mieć jakiś dach nad głową).
W Irlandii, a szczególnie w Dublinie, sytuacja rodzin takich jak my – z małym finansami, coraz częściej pracujących na kontrakt, a nie na umowę o pracę, z małymi dziećmi – jest zła. Galopujące ceny nieruchomości w dużym mieście powodują, że wiele rodzin, a szczególnie imigranckich, jest w pułapce: płacąc niebotyczne czynsze nie spełniają warunków, aby dostać kredyt mieszkaniowy. Jendym z podstawowych warunków jest bowiem zatrudnienie obojga partnerów, a w Irlandii normą jest, że mama zostaje w domu z dziećmi, żłobki i przedszkola są najdroższe w Europie i przy dwójce dzieciaków naprawdę nie opłaca się pracować (średni koszt całodziennego żłobka/przedszkola w Dublinie to 900 euro/miesiąc). Wiele osób latami czeka na mieszkanie komunalne bez żadnych szans na własne, co miesiąc płacąc ogromne pieniądze za wynajem, albo bojąc się podjąć jakąkolwiek dodatkową pracę, by nie stracić tzw. dopłaty do czynszu. Bo praca często jest niepewna, czasowa, nie poprawiająca za bardzo ich ogólnej sytuacji materialnej, albo wręcz pogarszająca, kiedy jej konsekwencją jest odebranie różnych zasiłków. A kiedy na pracy nie można polegać, ludzie -niestety – wolą mniejsze, ale pewne pieniądze od państwa.
Nasza sytuacja na szczęście rozwiązała i w końcu, po wielu perypetiach, pożyczkę dostaliśmy.
Tytuł 63
I nieodmiennie co roku przychodził. Kiedy urodziła się Morinka na owe lęki nałożył się dodatkowo taki pierwotny strach przeżywany przez każdą matkę noworodka, spotęgowany przez koszmarne niewyspanie, ból, hormonalną rewolucję skutkującą emocjonalną karuzelą i ogólne wyczerpanie organizmu. W efekcie czego karmiąc małego ssaka gdzieś koło trzeciej nad ranem zaczynałam opłakiwać swoją przyszłą bezdomność. Nastroju nie poprawiały historie co jakiś czas ukazujące się w mediach- a to o kobiecie z trójką dzieci śpiącą w samochodzie, a to rekordowo wysokiej liczbie bezdomnych w Irlandii, a to o braku miejsc w schroniskach czy też opłatach za wynajem osiągających niewidziane wcześniej kwoty. Takie samo mieszkanie jak nasze wrzucono na stronę internetową za 1800 euro/mies, ceny za zwykłe, dwusypialniane mieszkania zaczły przekraczać 2000 euro.
Tytuł 64
Dom był takim odwiecznym nieosiągalnym marzeniem, bo choć zawsze wiedziałam, że jak już będę dorosła, to kupię sobie dom, nigdy wcześniej nie byłam wystarczająco dorosła. W 2008 w Irl okazało się, że muszę być jeszcze bardziej dorosła niż w Pl, bo ceny domów były niebotyczne. I choć później dość drastycznie spadły, wciaz nie mieliśmy szans na kredyt – M firma została sprzedana, a my wymyśliliśmy jeszcze jedne studia, zeby nie musiał pracować w fabryce do końca życia. Ale cały czas śledziłam ceny nieruchomości, a one jeszcze przez jakiś czas dawały nadzieję. Gdzieś tak koło 2012 zaczęły się odbijać od dna i rosnąć, przez jakiś czas ciągle jednak jeszcze wydając się w zasięgu ręki, tylko, że ręce trzeba było mieć coraz dłuższe. Gdzieś tam na dnie mojego jestestwa dokarmiałam nadzieję, że kiedyś, że w końcu, że przecież nie może być inaczej. Nadzieja ta stała się palącą żywym ogniem potrzebą kiedy zaszłam w ciążę, a koszty wynajmu zaczęły rosnąć niemożliwie. Co roku z początkiem stycznia zaczynałam nerwowo wyglądać maila o podwyżce czynszu…
Tytuł 65
Wróciłyśmy do Dublina z pewną ulgą, upał i chaos mojego domu rodzinnego troszkę już nas obie zmęczył. Morinkę pewnie bardziej skwar, do którego nie jest przyzwyczajona, bo słońce w Polsce praży niemiłosiernie i tak, jak w Dublinie mam odruch wystawiania się na nie kiedy tylko na chwilkę się pokaże, tak we Wrocławiu robiłam wszystko, by schować się przed jego palącymi promieniami. Było gorąco codziennie, a ostatnie parę dni również duszno i burzowo. Mo jest prawdziwą Irlandką pod tym względem i choć upały nie wpływały na jej żywotność – codziennie biegała po parku spocona, czerwona i zakurzona – to kiedy spadł w końcu deszcz zamiast, jak inne dzieci chować się w parkowej restauracji i ze strachem spoglądać na popis natury, wybiegała na zewnątrz i śmiała się na głos: Leje! Pada! Des! Mama – leje! Des! Obie – ja i ona – z radością przyjęłyśmy ochłodzenie, oddalenie od ciepłej, ciasnej, dusznej atmosfery miejsca, gdzie moi rodzice niestrudzenie wciąz gromadzą góry rzeczy, które się mogą przydać. Choć rozumiem taką zapobiegliwość, czy wręcz jawny bunt wobec konsumpcjonizmu, który nakazuje kupować wciąż NOWE i NOWE, choć popieram w pryncypiach, w praktyce mieszkanie z milionem starych niepotrzebnych rzeczy jest bardzo upierdliwe i męczące. Po paru dniach dostaję uczulenia na wszystko, pierze i roztocza w pościeli, kurz w starych wykładzinach i stosach starych gazet i mam ochotę na chłód, przestrzeń i oddalenie.
A zatem jesteśmy z powrotem. Szkoła się skończyła, powoli kończymy jakieś ogryzki pracy, jakieś poprawianie esejów czy korekty za dodatkowe pieniądze. A pieniądze się przydadzą, bo chcemy kupić dom.
Tytuł 66
A wczoraj, wczoraj Adek skończył 18 lat. Tak po prostu. To niewiarygodnie i niemożliwe, o czym wie każdy rodzic dorosłego dziecka, to kompletnie niemieszczące-się-w-głowie, nie do uwierzenia i nie do przyjęcia. Moje najstarsze dziecko jest już dorosłe. Mój syneczek najmniejszy, mój Adziarz, mój chłopczyk, mój wrażliwiec, moja empatyczna progenitura.
O tym, co mu kupić na osiemnastkę myśleliśmy już od pół roku i nic nie wymyśliliśmy, kupiliśmy mu zatem zegarek, żeby nareszcie stosunek do czasu mu się poprawił, pierwsze męskie perfumy, żeby dziewczyny lubiły się przytulać i książkę o tym, że nie ma różnich w mózgach kobiet i mężczyzn, które by mogły wyjaśnic odmienne traktowanie społeczne, jako przygotowanie do życia w rodzinie.
Słów kilka o synu pierworodnym się należy. Adek studiuje matematykę i jest szczęśliwy niemożebnie, nareszcie znalazł swoich ludzi, swoje plemię, gostków, którzy go rozumieją i lubią. Zaczął zatem wychodzić z domu, a raczej do domu nie wracać po zajęciach, często koło 21 zaczynam się orientować, że Adka jeszcze nie ma w domu, dzwonię do niego i dowiaduję się, że jeszcze ‚siedzi w bibliotece’ i się ‚uczy’. Nie wnikam;) Podobno mają fajną brygadę siedmiu osób, wśród których są nawet dwie dziewczyny. I jedna z nich mnie wczoraj rozczuliła, bo dała Adziarzowi na osiemnastkę następujące prezenty: piwo imbirowe, lizaka i paczkę słodyczy z pewnego drogiego sklepu. Nie ma co się entuzjazmować, ale mnie to ucieszyło, bo oznacza to, że musiała się wczuć w mojego synka – są to dokładnie te rzeczy, które on sam by sobie zażyczył, gdyby nie wstydził się, że takie dziecinne ma zachcianki. Czyli fajna dziewczyna.
Adek zmienił się bardzo w ciągu ostatniego roku, zrobił duży skok od ‚zostaaaawcie mnie’ rzucanego przy każdej okazji zbolałym głosem do krótkiego ‚ok’ człowieka, z którym w zasadzie da się dogadać w każdej sprawie. Ma teraz jakąś taką energię, radość, otwartość w sobie i choć nadal czasami wpada w te swoje letargiczne stany sprawdzając co chwila statusy na fejsie, zdarza się to zdecydowanie rzadziej i nie wygląda jak przypadek kwalifikujący się do natychmiastowej pomocy specjalisty. Czyli nastolatkową czarną dziurę mamy zdecydowanie za sobą.
Skończył już też pierwszy rok akademicki, w sumie czy skończył to się niedługo okaże, bo właśnie jest w trakcie zdawania 11 egzaminów. A wszystkie z MATMY. Także trzymamy kciuki. Choć ja się w sumie o niego nie martwię, bo kiedyś musi dostać nauczkę – w czwartek miał na przykład statystykę, do której zaczął się uczyć w środę. (Podobno łatwy egzamin. Zobaczymy).
Tytuł 67
Ostatni dziś wykład za mną, orka na ugorze, półtorej godziny online powtórki z dwudziestu teorii po angielsku, jazda bez trzymanki, mówienie do czarnej dziury, bez chwili odsapu i żadnego żartu. Wystarczy, że zapomnę jednego wyrazu, nagle pustka w głowie, stres narasta i jak u Milnego – im bardziej myślę, tym bardziej wiem, że nic nie wymyślę. Niby mam slajdy i mogę korzystać z notatek, ale nie mam czasu na żywo, żeby odpowiedni fragment w notatkach odnaleźć, jak mówię z głowy, mogłabym czytać z kartki, ale wtedy kontakt byłby jeszcze mniejszy. Ale teraz wolne od wykładów aż do września:)
Nie lubię wykładów online, to mówienie w przestrzeń, w czarną dziurę, bez żadnej informacji zwrotnej, czy rozumieją, czy śledzą, czy już zupełnie się wyłączyli. I jeszcze nieuniknione problemy techniczne, szumy, zlepy, ciągi z mojego mikrofonu, plus mój twardy polski akcent – czasem sobie myślę, że to muszą być prawdziwe tortury dla studentów.
A propos mówienia, mojej córeczce się coś w głowie otworzyło i mówi. Konstruuje już całkiem skomplikowane twory zdaniopodobne, używa czasów i przypadków, choć nadal odpowiada na pytanie powtarzając ostatni wyraz – Jesteś chłopcem czy dziewczynką? – Cynką. – Jesteś dziewczynką czy chłopcem? – Chopcem.
Tytuł 68
Święta. Tradycji nie stało się zadość, ponieważ parę dni temu okazało się, że moja córeczka ma największe uczulenie na jajka. Tak naprawdę ma na wiele rzeczy – od ponad tygodnia zawzięłam się i spisuję WSZYSTKO, CO SPOŻYWA, co jest niebywale upierdliwe – ale po jajkach wychodzą jej największe czerwone, swędzące plamy i drapie się niemożebnie, zniechęciło mnie to zupełnie do jajcowania w tę Wielkanoc. Zjedliśmy zatem jedynie świateczny obiad, świąteczny o tyle, że razem z Adziarzem, który ostatnio najczęściej je w swoim pokoju. Niestety. Niestety, bo ja lubię wspólne rodzinne obiady, są one jednak rzadkością z wielu powodów, jak na przykład tego, że kończymy pracę/szkołę/zajęcia w podgrupach o różnych porach, albo tego, że zamiast dużego, rodzinnego stołu, o którym marzę od zawsze mamy wózek i rowery w kuchni (nie pytajcie), okrągły stół, który stał się biurkiem M, od kiedy ma pracę biurową i ŁAWĘ. Okropną PIEPRZONĄ ŁAWĘ, która powoduje ból brzucha jak się przy niej siedzi na kanapie (i zgina do jedzenia) i ból nóg, jak się przy niej siedzi na poduszkach. Nienawidzę tej ławy. W moim domu nie będę miała ławy, do kosza z ławami, na pochybel!
Ława pasuje tylko Morince, bo całkiem dobrze się na niej rysuje na stojąco, jak się ma 77 cm wzrostu. Ale jak się już ma ten (prawie) metr więcej, to katastrofa.
Tytuł 69
Wczoraj wielkie Irlandzkie święto, marsze i szaleństwa do późnej nocy, ale nie posżłyśmy oglądać z Moriniakiem, bo wiało, lało i ogólnie i pizgało (czy to jest wulgarne określenie? czasem brakuje mi innych słów na wyrażenie stanów zewnętrznych i wewnętrznych) wyjątkowo, nawet, jak na Irlandię. A zatem tylko na króciutki spacerek do Lidla i z powrotem, a jak chcecie sobie pooglądać co się działo w centrum, to proszę bardzo: Broadsheet. Adek tylko się w nocy wymknął (Mi był bardzo przeciwny, bo pijane tłumy na ulicach), żeby zrobić zdjęcie jakiejś fajnej uliczki, którą widział dwa dni temu jak się z kolegą włóczyli po mieście do piątej rano (tak, martwiłam się, ale cóż zrobić – ja wyprawiałam gorsze rzeczy). Święty Partyk ucieszył mnie głównie z powodu wolnego w pracy, dało nam to chwilę wytchnienia.
Morniak jest rzeczywiście tak słodki, że to po prostu niemożliwe, a w dodatku coraz więcej rzeczy można z nią robić. Dziś na przykład zrobiłyśmy wegański pasztet i majonez dla taty, który rzadko próbuje takich smakołyków, bo przeważnie na codzień nie mamy czasu.
To macie jeszcze Mo na tle katedry Św. Patryka (nasz pobliski park):

Czapa mojej roboty, strasznie jestem dumna, płaszczyk, chusteczka i spodnie z ciucharni, stylizacja by Inny_glos;)
A tutaj Mo na zjeżdżalni, w pierwszy cudowny wiosenny dzień tego roku:
