Tytuł 31

No dobrze dobrze, pracą zajmiemy się później, a na razie muszę wam powiedzieć, że wiosna idzie!!!

U mnie w ogródku już są przebiśniegi? Pierwiosnki? Aaaa, sprawdziłam, właściwie to oba gatunki. Wyłażą z ziemi, razem z tymi żółtymi narcyzami, odkrywam powoli co mi ta pani co tutaj mieszkała wcześniej nasadziła i bardzo bardzo ją za to polubiłam:) Przesyłam jej dobrą energię w podziękowaniu. Są jeszcze różne krzaki róż, ach, róże, cudne róże, moje ulubione kwiaty. Włączyła mi się korba ogrodowa, byłyśmy wczoraj z Mo w naszej lokalnej bibliotece i pożyczyłam sobie fantastyczne książki o ogrodnictwie, ech, jeszcze wam pokażę, co tu mi powyrasta!

Ale na razie sprawdzam ogród, patrzę, gdzie świeci słońce o jakich porach, gdzie wieje wiatr, a gdzie jest bardzo cienisto. Front domu znajduje się od północy, zawsze marzyłam o pnących różach wokół drzwi, ale w takich warunkach nie ma szans. Macie jakieś pomysły na fajne rośliny cieniolubne? I żeby kwitły;)

Wczoraj zamówiłam (ostatnią) partię mebli z Ikei, chcemy ostatecznie pozbyć się pudeł z czarnego pokoju. Co zamierzam zmienić a co już zrobiłam poopowiadam wam następnym razem, bo niestety, Mi jest z Mo co oznacza, ż muszę się zabrać za robotę. 

Jakie ksiażki o ogrodnictwie polecacie? 

Tytuł 32

Dom nabiera ogłady. Rozpędziłam się trochę w tych moich urządzaniach wnętrz (już nowy stół chciałam kupować, a nawet nie nowy, ale stary, za – bagatelka! – 350 euro, nie bacząc, że przecież stół już mam! Ale taki cudny, cudny, cudny, Duński z lat 60tych, ach!), no zatem tu stół, tam klosz sufitowy już prawie kupiony za 80 euro, a jeszcze termostat – bo albo mamy gorąco jak w piekle, albo zimno jak .. w niebie? 300 e, a może taki z osobno regulowaną temperaturą każdego pokoju? bagatelka – 1500 euro, jeszcze przecież okna, półki na książki, stolik do kuchni i …samochód? czyżby nareszcie nastała pora, kiedy możemy zrobić prawo jazdy?? Stój stój stój, wstrzymaj konie moja droga, hola hola, proszę się uspokoić natychmiast. Natychmiast.

Bo oto dostaliśmy wiadomość, że likwidują dwa kierunki u nas w szkole i to akurat jeden, na którym mam najwięcej zajęć i drugi, na którym ma Mi. Co to dla nas oznacza jeszcze nie wiadomo, bo dostaliśmy pozwolenie na otwarcie jednego kierunku w zeszłym roku, ale jak to godzinowo wyjdzie, co nam prekariuszom z tego skapnie to raczy wiedzieć tylko managerka. Nie mogę przy tym powiedzieć, że spadło to na nas jak grom z jasnego nieba – bowiem więdnąca liczba studentów już od dawna była przedmiotem wielu dyskusji i rozkminiań i losy tego kierunku były właściwie już dawno przesądzone, ale tak długo to wszystko wisiało na włosku, że myślałam, że jeszcze podynda. A tu koniec. 

W tym kontekście to, że mamy dom nabiera zupełnie innego znaczenia – już nie będziemy drżeć przed kolejną podwyżką czynszu, coraz bardziej świadomi, że na własne już nie mamy szans – bo ludziom pod pięćdziesiątkę nikt nie daje kredytów. A tu już mamy. MAMY. Z ratami damy sobie radę, na szczęście nie takie duże a i poprosić możemy o rozciągnięcie okresu spłaty.

A już poczułam się bogata:D 

Tytuł 33

Pragnę odtrąbić zwycięstwo, choć boję się, czy aby nie za wcześnie. Ale alergia znika! Farba sie wywietrzyla, wywalilam caly wór różnych środków czystości (płyn do szyb, płyn do naczyń, szampony, płyn do płukania tkanin itd) i czuję się dużo lepiej. Nawet moja wieczna egzema na rękach zaczęła przygasać. To cholerstwo jest takie trudne do wytropienia, bo znajduje się naprawdę we wszystkim – parę dni temu położyłam się spać i zaczęłam się momentalnie drapać. Swędzi mnie jak jasna cholera, drapię się niemożebnie i myślę ki grzyb? Co jest grane? I oświeciło mnie – zmieniłam pościel, wącham kołdrę – no tak, na pewno płukałam w płynie zmiękczającym, ale przecież sprawdziłam, że nie ma methylisothiazolinonu w składzie. No nic, zmieniłam poszwę na taką nie płukaną i poszłam spać. A rano sprawdziłam skład płynu do płukania – no i bingo! Nie ma methylisothiazolinone, ale jest benzisothiazolinone, jeszcze większa cholera, tylko, że rzadziej dodawana. Pościągałam sobie artykuły z Acta Dermatologica i Dermatological Proceedings i poczytałam literatury fachowej na temat alergii na różne isothiazolinone aż mi się włos zjeżył na głowie – to obecnie naprawdę nie są odosobnione przypadki, ludzie się latami leczą na jakieś przypadłości skórne zanim jakiś mądry lekarz wpadnie na to, że trzeba by zrobić testy płatkowe na alergie kontaktową. Szacuje się, że w ostatnich latach nastąpił ponad 100% wzrost uczulenia na MI. Także ten, uważajcie.

Dawno nie było nic o Moriniaku, a dziewczynka robi postępy, szczególnie w kulturze osobistej:) Mówi proszę, dziękuję, woła do Mi na placu zabaw ‚Kochanie, mozez tu psyjsc?’, robi sisiu do nocniczka, po czym z bardzo dumną miną woła wszystkich, żeby podziwiali;) ‚Adek! Adek! chodź! Zrobiłam SIUSIU! DO NOCNICZKA!’. Załapała. Wystarczyło ją systematycznie wysadzać, cierpliwie i spokojnie. Ja oczywiście miałam parę niedobrych momentów, kiedy nakrzyczałam na nią za nasiusianie na podłogę chwilę po tym, jak ją ściągnęłam z nocnika, biedna dziewczynka patrzyła się na mnie zupełnie nie rozumiejąc o co mi chodzi.

Dom nabiera charakteru. Stół dalej mi się nie podoba i chyba go nie pokocham, bo uświadomiłam sobie, że chcę mieć stół drewniany, trochę zniszczony, trochę poplamiony, duży, wygodny, używany. Postanowiłam stół sprzedać, bo choć można go oddać do Ikei, to nie mamy własnego transportu a za przewóz chcą 67 euro.

Poza tym zarobieni jesteśmy po prostu niewiarygodnie. To znaczy dobrze, że zarobieni, będziemy mieli na okna i szafki i tak dalej, no ale niestety czas jest u nas towarem wielce deficytowym obecnie i stąd cisza na blogu. Opiekunka teraz mieszka daleko i nie mamy nawet tych dwóch-trzech godzinek dodatkowo w tygodniu a jak mam chwilkę wolną to muszę choć dwa eseje sprawdzić, żeby pchnąć pracowe sprawy do przodu.

Po południu postaram się wrzucić na bloga Moriniaczka:)

No i wiosna idzie. Kupiłam kwiatki, takie małe, niebieskie dzwoneczki, jakie zawsze chciałam mieć koło ścieżki.

Tytuł 34

Cholera wrócila:( Jestem tydzien w domu i plamy zaczely sie znowu pokazywac, twarz swedzi i cale cialo jest w czerwone, swedzace ciapki. 

Iksi przypuszczenia mnie rozsmieszyly, a tak naprawde raczej sie kapalam malo;D bo bylo mi zimno. Tzn nie czesciej niz raz dziennie, czyli w normie. Plesnie – chyba nie, kurz – no wlasnie ma ma juz kurzu, a w dodatku na kurz sie kicha przewaznie, wiem, bo zaczynam kichac za kazdym razem jak wchodze do pokoju Adka;DTak naprawde nie wiem, co jest przyczyna, ale mam pewna hipoteze, ale zeby ja sprawdzic musialabym zrobic testy skorne na alergie kontaktowa, rok czekania w publicznej sluzbie zdrowia, 500 euro w prywatnej, chyba i tak zrobie, ale musze miec chwile czasu.

Taka jedna trafila w sedno – stres (badania potwierdzaja ze egzema zaognia sie pod wplywem stresu – kortyzol i tak dalej) I farby. Jak wyczytalam zdecydowana wiekszosc farb (>90%) jest konsterwowana wlasnie tym swinstwem I opary MI moga sie utrzymywac jeszcze ’90 dni po malowaniu’. Wyobrazacie sobie?? U nas skonczyli malowac dwa miesiace temu, a dodatkowo przeciez bylo tak potwornie zimno, ze nie wietrzylismy. Poza okazjonalnym otworzeniem okna przed snem, a I to nie zawsze, bo zimno, wszystkie okna I drzwi byly starannie zamkniete, bo przeciez pizdzi. I tak to sobie siedzialam w tych cudownych oparach farby przez miesiac, wstawalam rano I wygladalam coraz gorzej, a lepiej zaczynalam sie czuc pod koniec pracy. A wtedy wracalam do domu I znowu to samo.

Nie wiem, oczywiscie, czy to jest prawda, mam jednak duzo dowodow, ze tak sie rzeczy maja. Literatura podaje przypadki egzemy bedacej wynikiem wlasnie przebywania w swiezo malowanych pomieszczeniach, jest ona rowniez zaliczana do choroby zawodowej malarzy I dekoratorow wnetrz. Pisza, ze najczesciej pierwszy uczulajacy kontakt z MI nastepuje przez kosmetyki, a potem alergia sie zaognia za kazdym razem, jak wejdzie sie do swiezo malowanego pomieszczenia.

A tutaj moj ulubiony Daily Mail i kobieta, ktora nie moze siedziec w swoim living roomie SIEDEM miesiecy po malowaniu:

http://www.dailymail.co.uk/news/article-2582506/Mother-two-breaks-rash-time-walks-lounge-B-Q-paint-job.html

to jakby o mnie;) Powinnam do nich napisac!

Tytuł 35

Alergia – niby nic takiego, od tego się (przeważnie) nie umiera. Trochę człowiek posmarka, pokaszle, trochę się podrapie, trochę poswędzą oczka czy paluszki. Da radę przeżyć, bo szok anafilaktyczny zdarza się naprawdę rzadko. Ale alergia to nie tylko te symptomy, które da się łatwo określić i wskazać, alergia to stan gotowości całego organizmu, to jakby się było wiecznie w przededniu grypy i wielkiej gorączki i to, że gorączka (najczęściej) nie nadchodzi nie zmienia faktu, że człowiek się czuje po prostu marnie.

Ja mam alergię sezonową, czyli uczulenie na pyłki traw, żyta, brzozy, po zjedzeniu aspiryny wyskakują mi na palcach takie małe pęcherzyki (ale i tak sobie czasem na nią pozwalam;), na kota kicham, a po dwóch dniach zaczynam rzęzić, bo drapie mnie w płucach, jestem także uczulona na różne produkty żywnościowe, czyli truskawki, pomidory, surowe ziemniaki (swędzą mnie ręce przy obieraniu), seler, orzechy włoskie, migdały, awokado, białko jaja, różne pleśnie i sama nie wiem co jeszcze, bo testy skórne miały tylko 20 produktów;) i krócej było mi zapamiętać, na co nie jestem uczulona (jabłko i .. yyyy … zapomniałam). Nie jest to jakaś wielka alergia, ale różne produkty robią mi różne rzeczy, na przykład orzechy to pęcherzyki na rękach (jak byłam całkiem mała to nazywałam je ‘bulki’), a pomidory to wysypka. Ogólnie przeważnie nie jest bardzo źle, bo do uporczywego swędzenia całego ciała już się przyzwyczaiłam (jak nie zarzucię antyhistaminy to po dwóch dniach zaczynają mnie swędzieć podeszwy stóp, a po trzech niedrapanie się wymaga całej siły woli). I tak to sobie żyję z tą dość oswojoną alergią od wielu wielu lat i takie czerwone plamki na powiekach to już mnie nie przestraszają wcale, ale. Ale to, co mi się zaczęło dziać w Domu, to był horror. O, mniej więcej taki:

Takie miałam oczka:

 

A tak miałam momentami:

Nie, to nie jestem ja, ale muszę wam powiedzieć, że jak pokazałam Mi te zdjęcia z netu, to stwierdził ‚dokładnie tak wyglądałaś’.

Bowiem zaczęłam guglać i guglać i doguglałam się do alergii na MI, czyli Methylisothiazolinone . A teraz wy sobie poguglajcie w czym on jest. A raczej w czym go nie ma.

To taki środek konserwujący który zaczęli dodawać na masową skalę po aferze z parabenami w 2005, wcześniej stosowana bardziej sporadycznie. Dopiero w zeszłym roku, w związku z coraz częstszymi doniesieniami o uczuleniu na MI Unia Europejska zakazała dodawania go do tych kosmetyków, które zostają na skórze. Czyli od zeszłego roku nie powinno go być w kremach, maseczkach, tuszach do rzęs itd. Ale. No właśnie. Czy odżywka do włosów do spłukiwania zostaje na skórze? Oczywiście, że tak, inaczej nie byłaby odżywką. Zostaje na włosach i na skórze pleców, po których spływa. Ale według oficjalnej definicji nie zostaje, bo jest spłukiwana. To samo szampony, żele do mycia ciała, kremowe cuda pod prysznic, cudowne maseczki i mleczka do zmywania makijażu. Sprawdźcie sobie. Przejrzyjcie swoją półkę w łazience. Methylisothiazolinone jest na przykład w większości szamponów ‚nadających objętość’, i co z tego, że zmieniałam szampony jak wariatka, w każdym jednym z nich była sobie MI albo MCI (jej siostra methylchloroisothiazolinone). 

Była sobie nawet w niebieskim kremie Nivea! Tak, nawet do niebieskiej Niveii zaczęli dodawać MI.

A teraz pytanie: dlaczego horror mnie dopadł po przeprowadzce do nowego domu? 

Czekam na odpowiedzi, a w międzyczasie możecie sobie zerknąć

Tutaj macie naukowo o rosnącej liczbie przypadków alergii na MI https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4689087/

A tutaj bardziej sensacyjnie: http://www.telegraph.co.uk/news/health/news/10164452/Warning-over-epidemic-of-skin-allergies-from-chemical-in-cosmetics-and-household-products.html 

Tylko jeszcze dodam, że człowiek w takim stanie naprawdę zachowuje się jak wariat. Taki, co idzie do sklepu z napisem ‚organic’ i eco i płaci trzy razy więcej za szampony, płyn do naczyń czy zwykłe podpaski. I nagle zrozumiałam tych wszystkich podstarzałych hipisów, co boją się ‚chemii’ ;D

Tytuł 36

Dom mnie pogryzł i pokąsał i cała byłam obolała, cieleśnie i duchowo, kiedy polecieliśmy do Polski. Już w kilka godzin poza Domem poczułam się dużo lepiej, twarz przestała mnie piec i palić i przestałam się czuć taka jakby chora, taka skupiona w sobie, taka pokurczona. Nie pisałam tutaj o tym, bo nawet nie umiałam określić co mi jest, wszystko się na siebie nałożyło i już nie wiedziałam, czy naprawdę źle się czuję, czy jestem po prostu marudą, ale przez ostatni miesiąc miałam potworne uczulenie na twarzy. Nie łączyłam tego z przeprowadzką, bo już w zeszłym roku w maju zaczęły mi wyskakiwać czerwone swędzące placki na powiekach, a twarz zaczęła piec. Smarowałam to tym to owym, zmieniałam kremy i kosmetyki, próbowałam przeróżnych szamponów, przestałam używać cieni do powiek i płynu do płukania tkanin, przez dłuższe okresy nie malowałam się w ogóle, odstawiałam pianki do włosów i lakiery, balsamy, kremy, zmywacze do makijażu, tusze do rzęs. Sytuacja trochę się polepszyła w lecie, ale gdzieś od października powróciło uczucie swędzenia i pieczenia na całej twarzy, a od kiedy zamieszkaliśmy w Domu zaczęło się naprawdę ostro. Przestałam się w ogóle myć mydłem, kupowałam przeróżne emolienty pod prysznic, twarz myłam płatkami kosmetycznymi zmoczonymi jedynie w przegotowanej wodzie, kupiałam sobie eco-szampon i było coraz gorzej. Miałam dni, że wstawałam rano cała podpuchnięta z czerwonymi plackami na twarzy, wyglądałam na dziesięć lat starzej a w dodatku skóra cały czas piekła i niczym nie można było tego zamaskować, bo makijaż tylko pogarszał sytuację. Ta przeokropna alergia powodowała, że trudno było mi się cieszyć z domu, co potegowało jeszcze to przeokropne zimo.

Polska dała mi oddech i dystans do domu i do tego całego kołowrotu tutaj, tych wszystkich nieustających problemów, afer i stanów podwyższonej gotowości bojowej, a przede wszystkim dała mi odpoczynek od alergii. Twarz przestała mnie piec już w autobusie na lotnisko, w samolocie wyglądała zupełnie normalnie, a w domu moich rodziców poczułam się już kompletnie wyleczona.

Zagadkowa alergia nie dawała mi jednak spokoju.

Tytuł 37

W domu trzeba pomieszkać. Żeby przestał uwierać. Trzeba spędzić parę dni i nocy, wstawać rano nieśpiesznie i pić kawkę, albo dwie, wystawiając się na słońce wpadające przez południowe okno. Trzeba poleżeć na drewnianej podłodze, na kocyku i poduszkach, przykryć się kołdrą zniesioną z góry, zbudować bazę i się w niej schować. Trzeba upiec ciasto, albo nawet dwa, ugotować parę obiadów, wypić dziesiątki herbat. Zaścielić stół obrusem. Dom trzeba zamieszkać, powiesić wianek bożonarodzeniowy na drzwiach, zapalić lampki w oknie, zakwitnąć hiacynty, zasiedlić sobą. Dom musi poczuć, kto jest jego panem, musi znowu przywyknąć do ludzkich zapachów, po miesiącach bycia bezpańskim i opuszczonym.

 drzwi1

To była jedna z najpiękniejszych Wigilii. Tylko nasza czwórka, ja jeszcze na dodatek znowu przeziębiona, ale była magia. Wszystko nieśpiesznie, powoli, bez przesadnych ambicji w kwestii sprzątania (i tak sprzątamy od miesiąca w kółko właściwie) i gotowania. Zrobiłam dwa rodzaje śledzi, tylko dla siebie, uwielbiam, a nikt z rodziny nie je, upiekłyśmy szarlotkę z Mo, która oczywiście strasznie przejęta pomagała, stojąc na dużym krześle w kuchni misiła ciasto i wyklejała nim blachę, cała opsypana mąką, przejęta i zaczerwieniona z emocji. Jeszcze tylko barszcz, kupne uszka i pierogi i bigos, postny, więc wegański. Biały obrus przykrył czarne monstrum, które okazało się bardzo wygodnym stołem. Adek kupił maluśka żywą choinkę, baby choinkę jak stwierdziła Mo, powiesiliśmy pięc malutkich bombek i światełka. Zapaliliśmy świeczki. Pożyczyliśmy sobie samych dobrych rzeczy, siedzieliśmy, jedliśmy i rozmawialiśmy, Mo sama siedziała przy stole i sama jadła, barszczyk, uszka, troszkę śledzika. Potem poprawiła pięcioma czekoladkami, które dostała w paczce – najpierw zjadła dwie, kolejną wcisnęła na siłę, a w woreczku były jeszcze trzy – i co tu robić? Odwinęła więc po kolei wszystkie ze sreberka, nadgryzała i odkładała, z miną, jakby nie mogła uwierzyć, że nie ma już ochoty na czekoladę;)

Z domem chyba zawarliśmy rozejm (choć wczoraj się zatkała toaleta – ale mu to wybaczamy).

Ptaszki zjadły prawie całe ziarno, jakie im nasypaliśmy, trzeba uzupełnić zapasy.

Jutro lecimy do Polski.
 

Tytuł 38

Sąsiedzi nam podrzucają kartki świąteczne do skrzynki na listy.

Zawiesiliśmy karmnik dla ptaków, nasypaliśmy ziarna i dziś przyleciał rano malutki ptaszek z żółtym brzuszkiem, siadał sobie i jadł, Morinka nie mogła aż wytrzymać z ekscytacji.

Nadal zakopani w kartonach po uszy, ale kupiłam żyrandol do czarnego pokoju. Miedziany, pasujący do nowej grzewczej instalacji;)

Tytuł 39

Dom jest na razie niewygodny, uwiera, ociera, jest jak nowy/stary but dopiero co założony na stopę – nie pasuje. Jeszcze się nie rozgościliśmy jak u siebie, jeszcze nie czujemy się jak w domu, ale powoli, powoli, powoli coś się zmienia. Zmiany te właściwie dały się poczuć dopiero w tym tygodniu, kiedy semestr się skończył i mogliśmy przez trzy dni pobyć sobie po prostu w domu, trochę posprzątać, trochę pomieszkać, trochę poukładać.

Ale to jeszcze nie to. Wiecie jak to jest, jak się wreszcie dostaje coś, o czym się całe życie marzyło, a tu okazuje się, że w pasie za duże, w cyckach za ciasne, a tak w ogóle to okropny kolor. Do wynajmowanych mieszkań ma się inne podejście – to przemożne poczucie tymczasowości ma też swoją jasną stronę – wszystko jest tylko na chwilę, na trochę, a więc te i rowery w kuchni i te okropne szafki kuchenne i wstrętna beżowa wykładzina. Co z tego, że to ‚trochę’ przeradza się w miesiące i lata i nawet dekady w końcu, w głowie zostaje ‚na chwilę’ i głowa uczy się pomijać niewygodne detale. A tu  NA ZAWSZE. Jak to w ogóle brzmi! Dobra strona ‚ZAWSZE’ jest oczywista, ale zła strona to te kafle w kuchni, z którymi będę musiała nauczyć się żyć, bo przecież koszt zrywania podłogi w kuchni bo mi się kolor nie podoba nawet mnie wydaje się za wysoki. 

A już najgorzej, jak coś się kupi nowego – bo jest tym bardziej NA ZAWSZE. I tak oto trzy dni temu nie mogłam się patrzeć na mój nowy stół, taki, jaki zawsze chciałam – duży, rozkładany, żebyśmy wszyscy się przy nim zmieścili i jeszcze goście, jak do nas przyjdą. I żebyśmy mogli toczyć przy nim tzw. życie rodzinne. A zatem duży, rozkładany stół, CZARNY, CZARNY, nie wiem, co mi strzeliło do głowy, CZARNE OGROMNE MONSTRUM nie pasujące do niczego, czarna landara, zawalidroga, czomodan.

Do tego kupiłam błękitne krzesła – w odcieniu zupełnie innym niż kolor ściany. Tak, wiem, problemy pierwszego świata. Ale tak w kółko  – kran ogrodowy złamałam i woda przed dwa dni lała się strumieniem, przywieźli po miesiącu lodówkę, ale nie przestawili drzwiczek, za co dodatkowo zapłaciliśmy i teraz otwiera się na pokój, zamówiony nowy router wysłali na stary adres, bo nie mają w systemie nowego, mimo, że Internet na nowym działa i w dodatku muszę zadzwonić jeszcze TRZECI RAZ do nich, żeby zmienić adres, bank wysłał kod aktywacyjny pocztą na stary adres, zamiast smsem, super szafa PAX z Ikei ma czarne pieczątki na panelach drzwi od widocznej strony, pieczątki, które niczym nie dają się zmyć, straciliśmy pół dnia żeby pojechać do sklepu po sofę, gdzie okazało się, że w sumie mogliśmy ją zamówić przez internet, bo i tak musimy ją kupic w ciemno, bo nie ma jej wystawionej, takie tam upierdliwości przeprowadzkowe. Do tego Moriniak nam daje popalić ze snem – zasypia ostatnio koło 12 w nocy, odsypia w dzień, a jak jej skrócimy drzemkę robi karczemą awanturę. Nie wspominając już nawet nocnika – robi do niego siusiu rzadko i pod przymusem. A ma prawie 2 i pół roku! Adek wcześniej ogarnął te sprawy. Musimy malutka wziąć w karby, bo nam się rozbisurmanił.

Ale w niedzielę upiekłam ciasto i zastukaliśmy do wszystkich naszych sąsiadów i już znamy��