Tytuł 1

Przerwa w zajęciach. Wiosna się zaczęła ponad tydzień temu, żonkile, krokusy, pierwiosnki, przebiśniegi już kwitną, zaczynają też drzewa. Nasza magnolia jeszcze w pąkach, ale już zaraz, za chwilę…

Ostatnie dni mnie rozpieszczały: jak niewiele mi do szczęścia potrzeba, tylko słońce, słońce, słońce! Ręce mnie świeżbią, żeby w ziemi pogrzebać i posadzić kwiaciory, ale niestety czasu nie mam w ogóle (już teraz rozumiem zbyt zajętych ludzi i nie jest to wcale fajne), najbardziej dobija mnie sprawdzanie prac, godziny spędzone na czytaniu tego samego, tylko trochę inaczej. Wystarczy, że mam 36 studentów na dodatkowych zajęciach na uniwerku i to jest 45 godzin spędzonych nad esejami raz w miesiacu wiecej, czyli na tydzien 10 dodatkowych godzin, których naprawdę nie wiem, gdzie szukać. Spędzam nad tym praktycznie każdą wolną chwilę, a żeby sprawdzić esej długi na 7 stron, trzeba się bardzo skupić przy czytaniu, mieć całość cały czas w pamięci podręcznej, że się tak wyrażę, pamiętać całość i jak się do siebie odnoszą poszczególne części.

Ale jest wiosna:) 

Odstawiłam od piersi w końcu moją córeczkę w grudniu i cieszę się większą wolnością, odzyskuję swoje ciało i możliwość spokojnego snu w naszej sypialni. Dalej śpimy we trójkę (kiedy tylko planujemy ją wyespediować do jej łóżeczka, zaczyna chorować, dzieci to mają jakiś alarm wmontowany), ale przez ostatnie parę miesięcy spałam na dole na sofie, kiedy Mi uspokajał domagającą się cyca Mo, a wcześniej budzona byłam co trzy godziny i nie mając siły walczyć z rozespanym dzieckiem wszczynającym awantury o różnych porach nocy, karmiłam ją w nocy. Więc cieszę się, że nareszcie NARESZCIE mogę spać w moim własnym WYGODNYM łóżku, z moim własnym mężem i nie jestem budzona co trzy godziny. Jaka zmiana.

Mo była ssakiem niesłychanym, była to pierwsza rzecz, którą zrobiła w życiu i przez bardzo długi czas jej ulubiona. Nie było nawet mowy o odstawieniu jej. Była prawdziwym cycoholikiem, cyc był pocieszeniem, wybawieniem i ulubioną rozrywką. Tak lubiła zasypiać i się budzić, lubiła się tak przytulać i w ogóle miała bardzo silną więź z tą częścią mojego ciała. Wiedziałam, że jest to dla niej ważne i nie widziałam powodu, dla którego miałabym jej to zabrać. Było to dobre dla jej rozwoju, a ja też lubiłam przytulać się do tego małego ciałka. A muszę wam powiedzieć, że wiele ludzi patrzyło na to dość krytycznie – moja starsza siostra, terapeutka nota bene, uważała na przykład, że to nie jest dobre dla dziecka – albo wręcz z pewnym obrzydzeniem. Pojęcia nie mam dlaczego;D Jest jakieś takie przekonanie w społeczeństwie, że karmić się powinno dzieci do pierwszego roku życia, a kiedy tylko zaczynają chodzić i mówić, to trzeba je szybko odstawić. Bo jeszcze przyjdą i powiedzą, że chcą CYCA ;D Myślę, że matki powinno się wspierać w tym jak długo chcą karmić, nie widzę szczerze mówiąc ŻADNEGO powodu dlaczego mielibyśmy mówić matkom jak długo mają karmić piersią swoje dzieci. Podobno dzieci się same odstawiąją koło czwartego -piątego roku życia, więc nie mówimy tu o osiemnastce. Ja zdecydowałam się odstawić Mo jak miała trzy i  pół roku, dopiero wtedy, że jest już gotowa i nie będzie to dla niej wielką tragedią, a ja już też coraz częściej byłam zniecierpliwiona i zmęczona. Ale że Mo potrzebowała jakiegoś sygnału, jakiegoś ‚rytuału przejścia’, znaku że to już koniec i teraz zaczyna się następny etap, wyprawiliśmy jej więc cyc party.

Przygotowywaliśmy ją już od jakiegoś czasu, wiedziała, że będzie przyjęcie i to będzie znaczyło, że jest dużą dziewcznką i nie może już mieć cyca. Miała ciasto, mały prezent, akurat tak się złożyło, że odwiedził nas kolega, miała więc i gościa:D Zrozumiała, ale i tak płakała, jak przyszło do usypiania. Ale zasnęła. Ja spałam wtedy na dole już od paru miesięcy, więc nocne karmienia nie były problemem, ale miałyśmy wtedy taki zwyczaj, że Mo się budziła rano i schodziła do mnie na cyca i przytulenie. I tego pierwszego ranka zbudził mnie właśnie płacz Mo na schodach, szła do mnie i zanosiła się szlochem, bo jej tatuś przypomniał, że nie ma cyca. Było jeszcze parę takich dni, ale w końcu to przerobiła. Nadal ma specjalny związek z cycami, czasem chce im dać buziaka na dobranoc ,czasem opowiada im bajkę, ale to juz koniec.

A zatem wiosna i wolność:)

Muszę wam wkleić zdjęcia jak pięknie wygląda nasz dom po liftingu, może mi doradzicie w kolorem drzwi? Ech, kocham ten nasz dom, codziennie myślę sobie jak mam dużo szczęścia i jak bardzo bardzo byśmy się bali i z niepokojem patrzyli w przyszłość, gdybyśmy dalej wynajmowali.

 

Tytuł 2

Wyglada na to, ze jednak jestem Super Mario. Jak tylko zaczynam troche lepiej sobie radzic, plansza sie zmienia i poziom trudnosci rosnie, a ja musze biec dalej. Mo dalej chora, Adek zlamal reke. Z pozytywow: niegroznie, sciagna mu gips za miesiac. Nie byl to wypadek rowerowy. A najwazniejsze: zyje. Z minusow: wiadomo.

Biedny Adek zlamanie go calkiem lamalo, wieszczy juz zawalenie studiow (‚nie zdazalem na dziesiata na wyklady ze zdrowa reka, teraz nie mam szans’), nie dostanie dobrej pracy w konsekwencji i ogolna katastrofe. Godzine rano ubiera reke w temblak, nie zdaza na autobus, nie moze robic notatek, ani zadan domowych. Swiat zbliza sie ku zagladzie.

Tytuł 3

Musze chyba tak z doskoku, dziesieciominutowe relacje z. I oczywiscie bez ogonkow, bo przeciez. No kto by tracil czas:)

Paradoks bycia wykladowca polega na tym, ze nie masz czasu na czytanie ksiazek. Ani w ogole na nic innego.

Koleja krotka relacja z linii frontu: przezylam.

Atak trzeciego tygodnia, ale tylko czesciowy, bo zmasowany szturm odbedzie sie w czwartek – jak to z czwartkami bywa cztery godziny wykladu z trzema dziesieciominutowkami przerwy.

W miedzyczasie, czyli od ostatniego wpisu, pochorowalismy sie, Mo miala goraczke, ja kicham, kaszle i charcze, ledwo ruszam konczynami, ale daje rade, daje, bo przeciez nie mam wyjscia. Choroba dopadla mnie w piatek po poludniu, no prosze, jak dogodnie – nie musialam opuszczac zadnych zajec.

Ludzie bez ‚chorobowego’, czyli pracujacy na kontrakt choruja w weekendy, nauczyciele w wakacje a matki … hmm?

Choroba zciela mnie z nog zatem w piatek po poludniu, po odebraniu dziecka z przedszkola, odwiedzeniu biblioteki i zrobieniu zakupow, dobrze wychowana zaraza jedna poczekala, az bede w domu, zeby mnie polozyc do lozka ogromna slaboscia i bolami miesni. Zaleglam na kanapie i nie moglam sie ruszyc, Mo tez zaczela  byc troche nie w sosie, wiec coz – puscilam jej baje na komorce. Wyrzuty sumienia, ze wlasnie funduje jej uzaleznienie do konca zycia, ze wlasnie pozwalam, zeby ten maly, chlonny umysl rozwijal sobie miliony polaczen miedzy neuronami ktore sumuja sie w zreby osobowosci nalogowca, ze wlasnie zaprzepaszczam jej szanse na szczesliwe. aktywne zycie, a zatem owe mysli, ktore kazda matka ma w glowie przez caly czas jak nieznosnie upiedliwy podklad muzyczny, zostaly troche uciszone stanem podgoraczkowym. No nie dam rady. Nie moge. 

Mo ogladala zatem baje przez cala reszte piatku. I cala sobote. Ja zalegalam przez cala sobote, nekana lekka goraczka i wyrzutami sumienia, ze ‚nic nie robie’.

W niedziele wstalam, zatoczylam sie trzy razy i wzielam sie do roboty. I znowu puscilam Mo baje. Bo wyklady same sie nie przygotuja. Bo odkrylam, ze mam 40 esejow do sprawdzenia. Bo nie moge sobie pozwolic na chorowanie. 

Juz 25 minut minelo. Musze wracac na front.

 

 

 

 

Tytuł 4

Mam 10 min na pisanie, zdaze? Zdaze, ale bedzie bez ogonkow, bo w pracy jestem.

Okienko oddechu w nawalnicy. To just staje sie nudne, co tu pisze – praca praca a pomiedzy opieka nad dzieckiem. Momentami naprawde nie wiem, jak to sie mowi ‚co ja tutaj robie’, jakis taki codzienny kolwrot.

Taka jedna ma racje, kiedy sa dzieci, to nie ma wytchnienia, czlowiek nie moze zwolnic, bo sie wszystko wysypie. Szkola, przygotowanie wykladow, sprawdzanie prac, wyklady, a w domu sprzatanie, pranie i nastawianie zupy. Zeby tylko jeszcze jedna mala rzecz pchnac, moze pomyc naczynia, bo stoja w zlewie, moze jeszcze tylko umyc podloge w pokoju, bo znowu ktos wszedl buciorami z dworu. A w nocy male rzyganie namlodszego dziecka (mamusiu, tak kaszlalam, ze sie porzygalam, ale to nic nie szkodzi, prawda?) czy uciszanie starszego, ze na boga jest druga w nocy i nie wiem, czym ani czemu tak stukasz, ale naprawde mnie to budzi. No prosze. 

Ale. Ale i tak jest pieknie. To znaczy wiadomo – kolowrot i zapieprz, gonienie wlasnego ogona w kolko, ale pozbylam sie na razie rozkminek dlaczego jestem tam gdzie jestem i dlaczego nie gdzie indziej. Rozejrzalam sie wokol i zobaczylam, ze jestem w jednym z leszych miejsc, jakie znam – pomimo naprawde kiepskiego startu,. zlych wrozb i ‚pieciu groszy bym za was nie dal’, jestesmy razem, kochamy sie i w sumie zbudowalismy calkiem fajny dom. Nadal sie kochamy:)

No i minelo 10 min, do uslyszenia!

 

Tytuł 5

Powoli doczołgałam sie do końca semestru. Semestr zwykle zaczyna sie radośnie, bo naprawdę lubię moją pracę, ale gdzieś tak od listopada to już posuwam się do przodu klęczkach, a w grudniu się czołgam. Ilość pracy do przerobienia jest nieprawdopodobna – wystarczy, ze mam na przyklad 30 dluższych esejow do sprawdzenia i to jest dla mnie 30 godzin siedzenia dodatkowo. Nie mogę po łebkach, bo wymagają pisania komentarzy do studentów – czyli nie tylko, co źle, ale jeszcze jak mogą to poprawić, a na dodatek, żeby to nie było takie negatywne, to musze tez pisac, co dobrze. Zjada mi to czas niemożebnie. 

W tym roku naprawde zaczelam bardzo wesolo, w porownaniu z innymi latami, ale dwa zupelnie nowe przedmioty bardzo szybko przygięły mnie do ziemi – jeden o zdrowiu (troche socjologii, troche psychologii, troche epidemiologii, troche zdrowia publicznego – strasznie ciekawy, ale duzo przygotowania) a drugi o prawie. Prawo byloby spoko, gdyby to byly tylko teorie z socjologii prawa, ktore uwielbiam, ale glowna czesc tego przedmiotu to Irlandzkie regulacje prawne dotyczace ochrony dzieci, staruszkow, uchodzcow, osob z niepelnosprawnoscia, osob homoseksualnych, zdrowia psychicznego itd itp, czyli mozecie sobie wyobrazic moją cotygodniową jazde. Przy czym nie mozna tego zrobic z ksiazek, bo niestety wlasnie teraz wszystko sie tu bardzo szybko zmienia, wiec trzeba sie dogrzebac do aktualnych przepisow w tym zakresie. Prawo dostalam tydzien przed rozpoczeciem semestru, a zdrowie w trakcie pierwszego tygodnia, kiedy moja szefowa stwierdzila, ze ma za duzo zajec i szukala kogos, kto od niej wezmie nauke o zdrowiu. I od tego czasu biegnę z wywieszonym jęzorem. 

Jesli chodzi o szkolę, to wyznaje zasade ‚kiedy daja, to brać’, ale wpędzi mnie to do grobu;) W tym roku potrzebowalismy kasy na remonty, wiec kiedy patrzylam na dodatkowy przedmiot, to widzialam okna albo wentylację, albo nowa szope w ogrodzie. Ale w przyszlym roku zamierzam przemyslec moje nastawienie;) Pozostaje pytanie: czy jest mozliwa rownowaga w zyciu? 

A do tego remont, ktory naprawde pożeral nam duzo czasu i energii. I zamiast przygotowywac sie do wykladow, skakałam po rusztowaniach, by sprawdzic, co jeszcze panowie spierdolili, bo zaufania juz do nich nie mialam. Do tego dziesiatki maili i telefonow i wieczne użeranie sie o szczegoly.

Panowie w zeszlym tygodniu zdjeli rusztowanie, ale nie, nie – jeszcze nie skonczyli. W styczniu maja nam jeszcze pomalowac podmorowke wokol domu i wneki okienne, bo nie wiadomo dlaczego na zamowieniu jest farba akrylowa do ich malowania, co zupelnie nie ma sensu, bo akryl sie szybko brudzi i dol domu mamy juz prawie czarny. Od kapiacej wody z rusztowania. Moj blad, bo jak zamawialam farbe silikonową, to nie zamowilam ‚na wszyskie sciany i wneki okienne i podmorowke’ bo wtedy nawet nie wiedzialam, co to podmorowka czy wneka okienna, nie mowiac juz, ze słów takich jak ‚plinth’ czy ‚reveals’ nie bylo w moim slowniku (nie wiem, co mam zrobic z moja nowa wiedza, chyba zostane tlumaczem ekip budowlanych;)

Czy pisalam, ze w miedzyczasie odkrylismy, ze panowie wbili nam sie kolkiem od ocieplenia w nasze cudne drewniane okna? 

Rozumiem, czemu budowlancy tak klna, tez zaczelam. Bo nie ma innego slowa, ktore by oddawalo dokładnie istotę rzeczy łącznie z ładunkiem emocjonalnym wyrazu ‚spierdolić’. 

Ale to już powoli za nami. Najważniejsze, ze dom jest DUZO CIEPLEJSZY, pomimo dziur w scianach (elektrycznych wentylatorów ciagle jeszcze nie zamontowalismy, bo przeciez od poczatku grudnia to juz ludzie tutaj nie przyjmuja nowych robot, bo ‚świeta idą’). Mierzę temperaturę jak głupia, notując skrupulatnie różne zmienne, jak ‚temp na zewnątrz’, wiatr i długość grzania i wychodzi mi, że wystarczy, że w zimie będziemy grzać 4 godziny dziennie do utrzymania koło 18-19 stopni. W zeszłym roku w godzinę po wyłączeniu kaloryferów robiło się 16.

Mieliśmy jeszcze kupować auto w tym roku, bo nadażyła sie okazja, ale okazja okazala sie jednak zbyt droga. Problemem jest to, ze zadne z nas nie ma prawka i w tym kontekscie koszty sa niebotyczne – samo auto (5000 euro za takie 7 letnie) plus ubezpieczenie, za ktora zycza sobie …. 2500-3500 e rocznie. Auto mozna taniej, ale wtedy ubiezpieczenie drozej – za auto za 1000 euro zycza sobie 4000 tys ubezpieczenia. Plus podatek drogowy 300 e. Koszt prawka to juz naprawde pikus – 340 e za 12 obowiazkowych jazd. Tutaj zdaje sie test, odbywa sie 12 jazd i mozna jezdzic na L-ce z osoba towarzyszaca przez dwa lata. W tym czasie trzeba zdac jazdy. Problemem jest to, ze trzeba duzo jezdzic swoim samochodem, zeby zdac, bo egzamin zdaje sie wlasnie na swoim samochodzie. Ktory trzeba oczywiscie ubezpieczyc. Po zdaniu egzaminu koszty ubiezpieczenia spadaja o polowe – po jednym bezkolizyjnym roku wynosiloby juz tylko 1300-1500.

(Wybaczcie, że nie ma ogonków, ale większość posta pisałam w pracy:)

Zdjęcia domu wkrótce. 

 

Tytuł 6

Jak teraz nie napiszę, to już długo nie napiszę. Więc piszę.

Brakuje mi bloga, ale również – i to jeszcze bardziej – brakuje mi czasu. Na podstawowe rzeczy, jak na przykład porządne przygotowanie się do pracy. Albo sen. Albo relaks.

Firma powoli kończy instalować nam ocieplenie zewnętrzne, powoli i z problemami, o których mogę napisać epopeję, bo zaczęli od błędów i brną przez błędy dalej. Podobno zawsze tak jest z remontami, więc obecnie doszłam już do stanu, w którym staram się niepotrzebnie nie nakręcać, a zgoła wyciszać wszelkie rozkręcające się kłótnie, bo szkoda moich nerwów. Mapety jedne nabrali prac i wszędzie odwalają kichę.

A lista jest długa: zaczęli od za krótkiego daszku nad ociepleniem kuchni (daszek nie wystawał, więc nie miał jak zakryć założonego styropianu, jeśli umiecie to sobie wyobrazić), te mapety założyły taki metalowy okap, który był za krótki i zostawili przerwę 7 cm między nim a ścianą. Siedem centymetrów odsloniętych od góry płyt styropianowych przyklejonych do ściany zaprawą cementową, na którą to deszcz sobie kapał i kapał i kapał. Z dołu nic nie było widać, bo nasunęli daszek na krawędź zewnętrzną, odkryłam to dopiero jak weszłam na dach kuchni. Kiedy zwróciłam im uwagę dostałam zakaz łażenia po rusztowaniu od kierownika robót:D Ale gości powiedzieli, że ‚naprawili’, a jak sprawdziłam (przechodząc tym razem przez okno w pokoju Adka, żeby nie było, że chodzę po rusztowaniach) to okazało się, że pomalowali przerwę białą farbą:D Oczywiście nie odpuściłam.

W międzyczasie była awantura o rury i rynny, bo pewnego dnia po prostu przywieźli czarne plastikowe, a ja byłam pewna, że zamówiłam aluminiowe, które będę mogła sobie pomalować na dowolny kolor. Okazało się to nieprawdą, a dodatkowe 380e na rachunku było za … ściągnięcie starych rur żelaznych. Po wielkiej awanturze (zapłaciłam za aluminiowe! nie, nie zapłaciła pani itd), która obiła się w końcu o dział sprzedaży okazało się, że za aluminium muszę jeszcze dopłacić 800 e, (a jakbym chciała piękne żelazne to 2500) więc zrezygnowałam. Poprosiłam tylko, żeby były białe. I przywieźli mi białe, ale … kwadratowe. Okazało się, że najbrzydsze na świecie kwadratowe, które na kilometr wyglądają jak Chińskie odpady, które nie przeszły kontroli jakości, są oczywiście w standarcie. Kiedy poprosiłam o okrągłe, manager projektu zaczął na mnie warczeć. Na szczęście mailowo. Tydzień i 180 euro później miałam swoje okrągłe, kremowe rury:)

Potem wiercili mi dziury na wentylację (tutaj nie ma kominów wentylacyjnych i przepisy budowlane każą jak się zakłada ocieplenie zewnętrzne w każdym pokoju zainstalować dziurę na zewnątrz, żeby uniknąć zbierającej się wilgoci), a że przy okazji zaszalałam i kupiłam specjalne niemieckie wentylatory z rekuperacją ciepła (200 euro taniej u producenta w Niemczech niż w sklepie w Irl!) – bo przecież będę mieć te dziury w ścianie, które normalnie zwykle są zasłaniane plastikową osłonką, przez którą wieje i ludzie oczywiście w końcu wkładają szmaty w rurę wentylatora, bo piździ, przepraszam za słowo – i okazało sie, że na te wentylatory dziury muszą być większe. Firma nie miała tak dużego wiertła, więc wywiercili mi 15 cm średnicy a resztę (1cm) … obtłukli łomem. Bo pożyczenie takiego wiertła to duże koszty.20181202_142443

 (czy ktoś wie, co Blox robi ze zdjęciami??)

Jakoś przebolałam okropne niedopasowane dziury, które muszę zalepiać po zainstalowaniu wentylatorów, kiedy okazało się, że cały dom pomalowali złą farbą. 

Jak wiecie nie lubię plastiku i farby też nie chciałam akrylowej, po pierwsze dlatego, że nie ‚oddycha’, nie przepuszcza wody z wewnątrz i się wybrzusza, jak coś za nią zacieknie, po drugie dlatego, że się dość szybko brudzi. Zamówiłam więc farbę silikonową, niby lepszą, mniej brudzącą się itede itepe, i oczywiście droższą. W dniu, kiedy zaczynali malować nie miałam czasu, żeby nawet rzucić okiem co robią, no bo kurcze blade mam swoją pracę do pracowania przecież, pobiegłam do szkoły, a dwa dni później odkryłam, że to zła farba była. Po paru dniach nie odzywania się, manager projektu napisał, że to zwykłe niedopatrzenie, ale nic się nie stało, bo pomalują dobrą farbą. No, ale plastik już jest na ścianie, prawda?

Przez trzy dni nie mogliśmy włączać ogrzewania, bo czekaliśmy na hydraulika, żeby przedłużył rurę boilera, bo za krótka rura wydmuchiwała dym ze spalania gazu do wewnątrz ocieplenia, co wprawiało cały dom w wibracje.

Na konieć okazało się, że przebili mi ramę okienną kołkiem od ocieplenia. 

 rama_okienna1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie mam już do nich siły. 

Ale dom zaczyna wyglądać pięknie. Jakbyście wykrakały ten biały, bo nic innego do takich żółtych okien nie pasuje:D

Ale biały? O proszę:

 

 

 

Tytuł 7

Wełna mineralna mokła w ogródku przed domem. Zaraz, jak się tylko zwinęli zaczął padać deszcz, a raczej zerwała się wichura z ulewami. Dwaj panowie przykryli folią plastkiowe kubły z kołkami do mocowania ocieplenia, siatkę i metalowe listwy, a wełna mineralna sobie stała i namakała. 

Ale zaczęli. ZACZĘLI. Zaliczkę wpłaciliśmy jeszcze w lipcu, okna wstawiliśmy we wrześniu i mieli już zaraz za chwilę, za momencik zakładać nam ocieplenie. A tu cisza. Nie naciskałam za bardzo na tę ciszę, bo w międzyczasie wyniknęła sprawa z elektrownią, która powinna najpierw zabezpieczyć kable, żeby w ogóle goście mogli coś robić z elewacją – urokiem mieszkania w Irlandii sa bowiem kable enegretyki ciągnięte górą, czyli powietrzem, a nie pod ziemią jak w Pl. Wygląda to trochę jak na amerykańskich filmach o suburbiach – plątanina kabli w powietrzu.

 

Tytuł 8

Zapisuję w annałach coby nie umknęło: dziś pierwszy raz powiedziała ‚Chcę iść do przedszkola!’. Ta-dam!

Być może związane jest z tym, że ma koleżankę w przedszkolu, a raczej, jak się pani wyraziła ‚the best friend’. Aoifa (czyta się ‚Ifa’) jest taka malutka jak Mo i podobno robią wszystko razem:) 

A na dworze jesień. Taka jedna tak pięknie już o niej pisała, że nawet nie próbuję przelewać tu moich zachwytów. Rano idziemy z Mo do przedszkola przez park i wdycham ten cudny zapach zbutwiałych liści i mżawki. Mamy w planach kominek w przyszłym roku – przewód kominowy już mamy przecież. 

Tytuł 9

Długo nic nie było o Adziarzu, to prawda. Człowiek jest tak zaabsorbowany maluchem, że tego starszego spycha na obrzeża rodzicielskiej uwagi.

Adziarz, wrażliwiec, teoretyk, mądrala jest na trzecim roku matmy i cieszę się, że odkrył, że naprawdę to kocha:) To znaczy są oczywiście przedmioty, które nudzą go niemożebnie (statystyka, nauczanie matematyki), w zeszłym roku nie był na ani jednym wykładzie z paru przedmiotów, mówił, że z nudów oczy się same zamykały, ale nie interweniowałam, bo wszystkie egzaminy zdał i to bardzo dobrze (tutaj się zdaje na procenty, ze wszystkich przedmiotów miał średnią 75%, co jest odpowiednikiem 4+ bądź 5-). Jestem z niego bardzo dumna, oczywiście, ale też się tak po ludzku cieszę, że nie będzie musiał się zmagać z problemami humanistów – bo nas to humanistyczne wykształcenie i 20% bezrobocia jak wchodziliśmy na rynek pracy przeczołgało potwornie (czy wiecie, że pokolenie, które wchodzi na rynek pracy w czasie kryzysu do końca czasu zatrudnienia zarabia mniej, niż ludzie z pokolenia boomu o porównywalnych zawodach?).

Ale Adek jest ogromnym wrażliwcem. Po porażce szkoły średniej, gdzie w drugiej klasie był męczony (aż się wywinął i strzelił w twarz swojego dręczyciela) bardzo liczył na studia – że wreszcie odnajdzie ‚swoich ludzi’. I trochę tak się stało, poznał ludzi, z którymi dobrze się dogaduje, tylko, że oczekiwał chyba czegoś więcej, a nie jest to taka paczka na dobre i na złe. Lubią się, spotykają, ale za rzadko dla Adka, miał tygodnie, kiedy siedział w domu i – jak mówi – był samotny. Nie jest to paczka jak z amerykańskich filmów, gdzie codziennie przesiadują u siebie i tak dalej, i Adek ma chyba takie poczucie, że go to ominęło w życiu. Ma również takie depesyjne momenty, taki zupełny brak poczucia własnej wartości, takie nieprzekonanie, że ktoś go może lubić dla niego samego. Ale chyba najbardziej chodzi tu o płeć przeciwną, jak przypuszczam. Mam tylko nadzieję, że to się zmieni, choć oczywiście Adziarz mówi, że skąd wiem, że będzie miał rodzinę, bo tak mu ciągle powtarzam i skąd jestem tego pewna. Może przez całe życie będzie samotny.

Adek się jeszcze tak nakręca straszliwie – okazało się, że będziemy musieli płacić za studia połowę czesnego (1500e), bo przekroczyliśmy próg o 40 euro kiedy Adka szef zapłacił mu w tym roku, a nie w poprzednim, jak powinien. Adek tego nie dopilnował, z różnych przyczyn i teraz nic się nie da zrobić. No cóż, wiadomo, że szkoda, nikt nie lubi tracić kasy, ale Adek tak się nakręcił, że przez trzy dni nie mógł spać. Martwił się bardzo, że dużo pieniędzy, że nie dopilnował i tak dalej, nakręcał się i nakręcał. (No, trochę mu w tym pomogliśmy, bo stwierdziliśmy, że będzie to płacił ze swojego stypendium – a ma 2500 na rok). Powtarzałam mu, że nie można tak do życia podchodzić, że różnie bywa, że znaczy to, że dużo zarobiliśmy w tym roku i trzeba się cieszyć. Że to nie jest tak dużo, że różne rzeczy się zdarzają, najważniejsze, że jest zdrowy, że przecież będziemy mieli co jeść i z domu nikt nas nie wygoni. Ale nie mógł tego przeboleć. A dziś dostałam więcej godzin, zupełnie niespodziewnie, i okazało się, że zarobię dużo więcej, ale będzie nam potrzebna Adka pomoc, więc mu dorzucę tysiąc;)

Ale jest zdecydowanie lepiej, łatwiej się z nim dogadać i przeważnie nie wygląda na smutnego. Co mu jednak w głowie siedzi, to nie wiadomo, jak wiadomo, trzeba być czujnym i obserwować swoje dziecko, choć dorosłe. W zeszłym roku wydarzyła się tutaj tragedia – małżeństwo z Filipin, imigranci, tak jak i my, z synem i młodszą córeczką kupili dom tutaj trochę przed nami, parę ulic dalej. Jakieś pół roku po tym znaleźli syna powieszonego w swojej sypialni. Dzieciak trochę starszy od Adka. Myślałam o tej rodzinie, nic oczywiście o niej nie wiem, ale prawie że widziałam, jak budują tutaj w Irlandii nowe życie, po latach się cieszą domem, zadowoleni, że wieczna niepewność wynajmu się wreszcie skończyła i jak nagle to wszystko się obraca w popioły. Nigdy nie wiesz, co siedzi w głowie takiego młodego człowieka, to jest straszny czas, to wejście w dorosłość, a dodatkowo dzieci imigrantów są w grupie podwyższonego ryzyka – we własnym kraju jest trudno w grupie rówieśniczej, a co dopiero w obcym kraju, z nie tym akcentem, nie tą kulturą itd. Oczywiście zupełnie inaczej jest, jak się jest z Danii czy Stanów Zjednoczonych, przynajmiej tej łatki biedaka się nie ma, ale z krajów biedniejszych nie jest tak prosto.

A zatem patrzę na Adkowego. Jestem czujna.

Tytuł 10

No i znowu jest chora. Strasznie protestowała rano, uznałam, że jednak za bardzo jak na zwykłą niechęć. No i oczywiście – dwie godziny później stan podgorączkowy. Glut, kaszel, chce być tylko na rączkach (cwaniara się przyzwyczaiła;). Błogosławię naszą pracę, że jednak nie musiałam jej rano dać paracetamolu i do przedszkola. Rodzice są czasami naprawdę zdesperowani, no ale cóż robić, jak ‚to jest normalne, że dziecko choruje 10 razy w roku’. Jak się nie ma babci, to nie ma szans pracować, no chyba, że ma się to szczęście i pracę taką, jak nasza, gdzie możemy się wymieniać z M. Oczywiście nie jest lekko, bo robota musi być zrobiona, wykład przygotowany jak trzeba to i o północy, ale nie ma porównania z siedzeniem od 9 do 5 w pracy.