Trzeci dzień, pierwszy katar. Nie puściłam jej dziś do przedszkola, mam najdzieję, że wydobrzeje przez sobotę i niedzielę.
Dom jednak nie będzie niebieski – w poniedziałek zamontowali nam nasze cudne okna, które są ŻÓŁTE. Jak plaster miodu. W takiej sytuacji niebieski, taki, jaki chcieliśmy, odpada. Zadzwoniłam do firmy i poprosiłam o zmianę koloru, ale okazało się, że mogą mi przesłać próbnik … mailem. Pan powiedział, że kolory są w miarę wiernie oddane, no ale wiadomo, że w miarę robi wielką różnicę – jak z naszymi oknami. Drewniane, ale żółte, nie kremowe, nie pomarańczowe, nie brązowe. Chcieliśmy jak najjaśniejsze drewno, no i mamy, podobno nie można na oknach uzyskać efektu skandynawskiego drzewa, jakby ‚wypranego’ z koloru – impregnat zawsze zmieni kolor drewna. Zrozumiałam dlaczego domy tutaj mają okropnie dobrane kolory – kremowy do sino-niebieskiego, mahoniowe okna do jasnożółtych ścian – bo jakie mogą być, jeśli ludzie sprawdzają kolor na monitorze. Otworzyłam maila na swojej komórce, komputerze i na Adka laptopie i wszędzie były inne odcienie – na jednym urządzeniu niebieskie wpadały w zielone, a na innym w beże. Pan z infolinii się bardzo upierał, że nie mogą mi pożyczyć próbnika, bo ludzie im nie oddają, ale nie ze mną takie numery, wyciągnęłam od pana adres magazynu i 22 kilometry później trumfalnie wróciłam z próbnikiem do domu. I teraz wychodzi na to, że dom będzie jasno szary, albo tzw. off-white, czyli złamana biel.


Chciałam uciec od szarości, ale niestety żółty wygląda najlepiej z szarym:
Zastanawialiśmy się jeszcze nad ciemnooliwkowym, ale kolory inaczej wyglądają na papierze, a inaczej na ścianie i możemy przestrzelić z tą zielenia, nawet złamaną.
No i co myślicie?
Wrzucę wam zdjęcie okien, jak ściągnę z komórki.