No i poszła dziś do przedszkola.
Zostawiłam ją przy wejściu, przed kutą z żelaza furtką, jeszcze w czerwonych kaloszkach i kurteczce, z przewieszoną dużą torbą na zakupy, zieloną w żółte kwiaty (nie kupiliśmy małego plecaczka!), z zapasowym ubraniem i jogurcikiem, a ona wzięła panią za rączkę i poszła. Zaglądnęłam za róg i oto tam stała, w rządku, obok innych dzieci, mała znajoma twarzyczka z blond włoskami, czekała cierpliwie na inne dzieci, trochę przestraszona, trochę zaciekawiona. Dziś tak naprawdę był drugi dzień, uroczyste rozpoczęcie było wczoraj i to dzięki wczorajszym balonom i zamkowi dmuchanemu poszła dość spokojnie. Przy furtce rozgrywały się sceny – no może nie Dantejskie, ale filmowe, jak z najlepszego amerykańskiego wyciskacza łez. Chłopiec o wyglądzie przyszłego handlarza używanymi samochodami – przedziałek, włoski na żel, kwadratowa szczęka sugerująca nieodparcie, że nikt mu w kaszę pluć nie będzie – nie mógł puścić ręki taty, pani go odciągała, a on zwrócił swoje przerażająco smutne oczy na rodziciela, wbił stopy w beton i w ten sposób dobitnie, choć milcząco, zakomunikował, że nie ruszy się na krok. Twardziel. Na to jego młodszy brat, trzymany na rękach przez tatę, zaniósł się szlochem. Inny chłopczyk, większy o głowę od Morinki, zachęcony przez mamę i panią raźno przekroczył wrota przedszola, ale na tym skończyła się jego odwaga i po chwili jednym sprytnym susem znalazł się z powrotem przy mamie. Jakby czuł, że po przekroczeniu progu instytucji edukacyjnej zostanie w systemie na długie lata, około dwudziestu.
Moja córeczka stała spokojnie, zupełnie nieświadoma całej symboliki i znaczeń ukrytych za żelazną furtką. Pani wzięła od niej ciężką torbę, a ja myślałam tylko, jak sobie poradzi ze zmianą kapci, skąd będzie wiedziała gdzie jest torba, czy będzie umiała znaleźć jogurcik i serek i powiedzieć, że chce siusiu. Czy zrozumie, co pani do niej mówi. Czy będzie się umiała dogadać z dziećmi.
Czy będzie miała przyjaciół.