Tytuł 45

Trzy pierwsze dni w nowym domu w telegraficznym skrócie: piździ. 

Jest naprawdę kurcze zimno i już martwi mnie przyszły rachunek za gaz – grzejemy prawie non-stop, co tutaj na wyspach jest niebywałe (nie to co w Polsce, gdzie hoho grzeje sie!). Trafiliśmy na pierwsze większe oziębienie, temperatury oscylują blisko zera, a czasem spadają poniżej, co jak na Irlandię jest bardzo mało. Pojedyncze okna, nieocieplone, betonowe ściany i – co odkryłam po drugiej nocy w wyziębionym pokoju – dziury na strych w suficie naszej sypialni, przez które po prostu wieje, wyraźnie czuć zimny prąd powietrza. Jakoś przezimujemy, ale wymiana okien i ocieplenie budynku to po prostu konieczność, widzę to teraz jasno. 

Oprócz tego bałagan straszliwy, życie upływa nam na szukaniu czegoś w kółko, ja przeziębiona, a najbardziej w nowym domu podoba mi się czarny pokój (były pokój kupa). W nim chowam się i szukam ukojenia, bo oprócz tego, że jest cudny i mały, czytaj: łatwy do ogrzania, to jedynie w nim jest na czym usiąść (nie licząc łóżek). Wszędzie pudła i czarne worki na śmieci, w które pakowaliśmy jak się na skończyły pudła. Nic nie mogę znaleźć, wszystko zabiera trzy razy więcej czasu.

Kontakty w kuchni nie działają, więc pralka nie działa, lodówki jeszcze nie dowieźli, Ikea nam nie wysłała jednej części do Morinki łóżeczka i Morinka nadal śpi z nami. Przynajmniej jest ciepło, bo z wysypianiem się jest różnie;) Jedzenie trzymamy w szopie na ogrodzie, mleko na dworze, wodę gotujemy na podłodze w dużym pokoju, kuchenka gazowa się gibie i ja się jej boję. Wszystko jest pokryte pyłem z cyklinowania i jak coś upadnie na podłogę, to już koniec, bo jest całe w farfoclach, farfocli jest zdecydowanie więcej, jeśli są to czarne eleganckie spodnie do pracy. A licznik do gazu strasznie głośno cyka, tak głośno, że słychać go w naszej sypialni. 

Trzymajcie za nas kciuki, to prawdziwy koniec świata, a pierwszej nocy, jakże adekwatnie, śnił mi się antychryst, że zbiera polityczny kapitał. Także ten, nie wiem.