A jednak nie zdołaliśmy się przeprowadzić, Morinek na granicy choroby, praca, sprzątanie starego mieszkania – wszystko to sprawiło, że jeszcze ciągle na starych śmieciach. Ciężko się żyje tak na dwa domy, gdzie wszystko już TAM, a my jeszcze TU, wieczne szukanie czegokolwiek, bluzki do pracy, eleganckich butów, dokumentów pewnych, sweterka Mo i tak dalej.
W sobotę Mi pojechał tam z przedostatnią partią rzeczy – ciuchy, zabawki, naczynia, torby i torebki, sprzęt kuchenny i tak dalej i tak dalej, a ja z Mo po drzemce jeszcze musiałam zahaczyć o sklep z kibelkami (kibelek kupiony!), bo skoro właśnie jest szansa wymiany starego tak przy okazji i nie jest to bardzo drogie, to chcieliśmy mieć swój. Nowy. No wiecie;) A okazją tą jest robienie kafli na podłodze w łazience – decyzja ostatniej chwili, w ogóle tego nie planowaliśmy, ale kiedy podnisłam tydzień temu linoleum pokrywające podłogę, żeby zobaczyć, czy jest może tam cudna stara podłoga, którą by można wycyklinować (znacie mojego bzika!) oczom moim ukazały się żółto-brązowe zacieki na sklejce górnej, położonej na sklejce dolnej. Zdjęcia wam oszczędzę;) Podjęliśmy zatem szybką decyzję po konsultacji z naszym litewskim specem od remontów i od wczoraj MAMY NOWĄ PODŁOGĘ!
Voila!

Jeszcze nieskończona tutaj, ale widzicie te cudne betonowe marokańskie kafle?
A z kaflami było tak: trzy dni temu o 7 wieczorem dzwoni na moją komórkę facet, że ma 100 kilo kafli i stoi pod moim domem, tym w którym jeszcze nie mieszkamy. Sklep, w którym je kupowałam nie wysłał mi maila z datą dostarczenia przesyłki;D Ja w domu z Morinkiem, Mich w pracy, Ad w szkole, 100 kg kafli w Ballyfermot. Ani zostawić przed domem, bo cenne, ani przywieźć tutaj, bo jak my to potem przewieziemy z powrotem? Rowerem?
A 100 kilo, bo te kafle takie ciezkie – jeden wazy ponad kilo!
Kafelki na ścianach zostawiamy, pomaluję je tylko farbą (są już takie wynalazki) na biało i granatowo na górze. W dalszych planach jest zrobienie wanny, ale to za rok-dwa.
Podłoga w dużym pokoju też już zrobiona, bo wie wiem, czy wam pisałam, że kiedy podnieśliśmy panele odkryliśmy, że połowa podłogi została zalana cementem i nijak nie da się jej cyklinować. Druga połowa była w tragicznym stanie, ze sklejką i ogromnymi dziurami w deskach zbutwiałych od przeciekających kaloryferów w dalekiej przeszłości, wygládalo to tak:

Musieliśmy zatem położyć nowe deski na stare z betonem, wybraliśmy takie najtańsze z najtańszych, proste sosnowe drewno, które potem pan wycyklinował i polakierował. I proszę bardzo:

A to „kupa pokój” – w przeszłosci i po wycyklinowaniu podłóg (ale przed malowaniem, ale nie zwracajcie uwagi na kolory podkręcone przez pana-od-podłóg):


Podłogi są jak widać moim hoplem. Nie wymieniliśmy okien – mimo, że jednoszybowe (uwierzycie?), nie kupujemy drogich mebli, nie zmieniamy kuchni, ale podłogi to mój luksus, a pamiętajcie, że każdy sobie moze wybrac jeden luksus;)
I mówię wam, jakbym głosiła dobrą nowinę, jakbym nawracała niedowiarków – szlachetne podłogi zmieniają cały dom! Nadają szyku, sznytu, szlachetności i klasy.