Tytuł 53

Chyba się muszę przyłączyć do powszechnego poczucia gonienia zaiwaniającego czasu. A zatem zaiwania. Tak, że zanim sobie w głowie ułożę notkę, następuje zmiana dekoracji i notka mi pasuje jak sukienka z czasów ciąży. Czyli wiadomo. 

Dom kupiliśmy. Ten właśnie, wobec którego mieliśmy poczucie, że ‚to może ten’. Ani wypasiony, ani zrujnowany, coś po środku, skromny, ale porządny, wymagający jakiś napraw i udogodnień, ale taki, w którym można zamieszkać od zaraz. Bardzo nam się spodobało, że jest tzw. ‚end of tarrace’, czyli moja chata skraja, na brzegu ciągu podobnych domków, co oznacza, że ma boczne wejście do ogrodu, czyli nie musimy wprowadzać rowerów do ogrodu przez środek domu. Walka była zażarta, bo zapłaciliśmy 20% powyżej ceny wywoławczej, właściwie maximum tego, czym dysponowaliśmy i jeszcze dorzuciliśmy całe 2 tysiące z roboty, która nam się akurat trafiła na wakacje. Ale widzieliśmy dużo innych domów i wszystkie szły podobnie do góry, a jeśli nie szły, to z konkretnego powodu – były na przykład przy ruchliwej ulicy, albo z wiecznym cieniem w ogrodnie, bo sąsiedzi wystawili sobie dobudówkę zasłaniającą całe słońce itd. Nasz dom miał dużo cech, które właśnie szukaliśmy – cicha uliczka, zaciszny ogród, dwa pokoje na dole (nie jedna jadalnio-bawialnio-kuchnia), dobudówka ale z tzw. jasnym aspektem, to znaczy, że zostawiono jedno choć okno w living roomie (a nie jest to wcale tak oczywiste – widziałam domy ciemne pieczary, gdzie z korytarza się wchodziło do pomieszczenia bez okien, doświetlonego jedynie światłem z dobudowanej kuchni). Dom był częścią wielkiego planu budownictwa społecznego z lat 50tych i 60tych w Irlandii. Jest malutki (71m2) i jak wszystkie domy tutaj nie podpiwniczony, co trochę mnie niepokoi w kontekście wyrzucenia w kosmos wykładziny z dołu i wycyklinowania starych, oryginalnych desek sosnowych, z których zrobione są podłogi w tych domkach. Kocham stare drewniane podłogi, tylko obawiam się, że nie bez kozery prawie zawsze są one przykryte wykładziną.

A zatem witajcie w moich progach: 

Pozwólcie, że was oprowadzę.

Właściciele (wynajmujący?) mieli iście diabelski gust i cały dom jest w odcieniach piekielnej czerwieni. 

Zapraszam do living roomu:

Sofa swoim hiszpańskim temperamentem pasuje do korytarza, tak samo, jak bycze skórzane krzesła i fotel. 

Inne ujęcie tego samego pokoju, w lewym rogu ‚cudny’ kominek z (oczywiście) gazowym paleniskiem, na prawo wejście do kuchni i wspomniany ‚jasny aspekt’, czyli oszczędzone jedno okno:

A oto i kuchnia:

Znane i lubiane drzwiczki szafek ze sklejki udającej drewno i blaty z laminatu, to jest jakiś irlandzai fantazja, bo mam takie same w mieszkaniu, które wynajmuję obecnie.

CDN.