Tytuł 65

Wróciłyśmy do Dublina z pewną ulgą, upał i chaos mojego domu rodzinnego troszkę już nas obie zmęczył. Morinkę pewnie bardziej skwar, do którego nie jest przyzwyczajona, bo słońce w Polsce praży niemiłosiernie i tak, jak w Dublinie mam odruch wystawiania się na nie kiedy tylko na chwilkę się pokaże, tak we Wrocławiu robiłam wszystko, by schować się przed jego palącymi promieniami. Było gorąco codziennie, a ostatnie parę dni również duszno i burzowo. Mo jest prawdziwą Irlandką pod tym względem i choć upały nie wpływały na jej żywotność – codziennie biegała po parku spocona, czerwona i zakurzona – to kiedy spadł w końcu deszcz zamiast, jak inne dzieci chować się w parkowej restauracji i ze strachem spoglądać na popis natury, wybiegała na zewnątrz i śmiała się na głos: Leje! Pada! Des! Mama – leje! Des! Obie – ja i ona – z radością przyjęłyśmy ochłodzenie, oddalenie od ciepłej, ciasnej, dusznej atmosfery miejsca, gdzie moi rodzice niestrudzenie wciąz gromadzą góry rzeczy, które się mogą przydać. Choć rozumiem taką zapobiegliwość, czy wręcz jawny bunt wobec konsumpcjonizmu, który nakazuje kupować wciąż NOWE i NOWE, choć popieram w pryncypiach, w praktyce mieszkanie z milionem starych niepotrzebnych rzeczy jest bardzo upierdliwe i męczące. Po paru dniach dostaję uczulenia na wszystko, pierze i roztocza w pościeli, kurz w starych wykładzinach i stosach starych gazet i mam ochotę na chłód, przestrzeń i oddalenie.

A zatem jesteśmy z powrotem. Szkoła się skończyła, powoli kończymy jakieś ogryzki pracy, jakieś poprawianie esejów czy korekty za dodatkowe pieniądze. A pieniądze się przydadzą, bo chcemy kupić dom.

Dodaj komentarz