Święta. Tradycji nie stało się zadość, ponieważ parę dni temu okazało się, że moja córeczka ma największe uczulenie na jajka. Tak naprawdę ma na wiele rzeczy – od ponad tygodnia zawzięłam się i spisuję WSZYSTKO, CO SPOŻYWA, co jest niebywale upierdliwe – ale po jajkach wychodzą jej największe czerwone, swędzące plamy i drapie się niemożebnie, zniechęciło mnie to zupełnie do jajcowania w tę Wielkanoc. Zjedliśmy zatem jedynie świateczny obiad, świąteczny o tyle, że razem z Adziarzem, który ostatnio najczęściej je w swoim pokoju. Niestety. Niestety, bo ja lubię wspólne rodzinne obiady, są one jednak rzadkością z wielu powodów, jak na przykład tego, że kończymy pracę/szkołę/zajęcia w podgrupach o różnych porach, albo tego, że zamiast dużego, rodzinnego stołu, o którym marzę od zawsze mamy wózek i rowery w kuchni (nie pytajcie), okrągły stół, który stał się biurkiem M, od kiedy ma pracę biurową i ŁAWĘ. Okropną PIEPRZONĄ ŁAWĘ, która powoduje ból brzucha jak się przy niej siedzi na kanapie (i zgina do jedzenia) i ból nóg, jak się przy niej siedzi na poduszkach. Nienawidzę tej ławy. W moim domu nie będę miała ławy, do kosza z ławami, na pochybel!
Ława pasuje tylko Morince, bo całkiem dobrze się na niej rysuje na stojąco, jak się ma 77 cm wzrostu. Ale jak się już ma ten (prawie) metr więcej, to katastrofa.