Wczoraj wielkie Irlandzkie święto, marsze i szaleństwa do późnej nocy, ale nie posżłyśmy oglądać z Moriniakiem, bo wiało, lało i ogólnie i pizgało (czy to jest wulgarne określenie? czasem brakuje mi innych słów na wyrażenie stanów zewnętrznych i wewnętrznych) wyjątkowo, nawet, jak na Irlandię. A zatem tylko na króciutki spacerek do Lidla i z powrotem, a jak chcecie sobie pooglądać co się działo w centrum, to proszę bardzo: Broadsheet. Adek tylko się w nocy wymknął (Mi był bardzo przeciwny, bo pijane tłumy na ulicach), żeby zrobić zdjęcie jakiejś fajnej uliczki, którą widział dwa dni temu jak się z kolegą włóczyli po mieście do piątej rano (tak, martwiłam się, ale cóż zrobić – ja wyprawiałam gorsze rzeczy). Święty Partyk ucieszył mnie głównie z powodu wolnego w pracy, dało nam to chwilę wytchnienia.
Morniak jest rzeczywiście tak słodki, że to po prostu niemożliwe, a w dodatku coraz więcej rzeczy można z nią robić. Dziś na przykład zrobiłyśmy wegański pasztet i majonez dla taty, który rzadko próbuje takich smakołyków, bo przeważnie na codzień nie mamy czasu.
To macie jeszcze Mo na tle katedry Św. Patryka (nasz pobliski park):

Czapa mojej roboty, strasznie jestem dumna, płaszczyk, chusteczka i spodnie z ciucharni, stylizacja by Inny_glos;)
A tutaj Mo na zjeżdżalni, w pierwszy cudowny wiosenny dzień tego roku:

