Żyjemy jak w górskiej kolejce, ledwno zdążę przeżyć i przerobić jeden koniec świata, a już drugi nadciąga i nie mam kiedy tego opisać. Ale przecież wiem, że przepadnie, przeminie i nie zostanie, blog jako pamiętnik ograniczoną ma bardzo przydatność, może więc bardziej chodzi o tą chwilę refleksji, poukładania sobie w głowie, albo nawet o samą przyjemność pisania tego, co się chce, nie do pracy, nie po angielsku, radochę z układania zdań w języku, którego może nie zna się na wylot, ale który pasuje człowiekowi jak prawdziwa noga. Albo ręka.
Ale chciałam napisać dziś o opiekunce. Mieliśmy takie szczęście w zeszłym roku z naszą kochaną O., z którą do dziś jesteśmy przyjaciółkami na fejsie i z którą wymieniamy się zdjęciami naszych dzieciaków, pomimo tego, że wróciła do Polski, że kiedy w tym roku, jeszcze w wakacje, zgłosiła się Maryla, pani, która ma dwójkę swoich maluchów i do tego pracuje w Lidlu, ucieszłyam się, że mam problem z głowy i przestałam sobie tym głowę zawracać przez następne parę miesięcy…