Nowy rok wyżuł nas dokumentnie, wyzuł z wszelkich zasobów energii, wyćmoktał, wyciućkał, wycisnął siódme poty i mam nadzieję, odpukać w niemalowane, wypluł nareszcie. Zaczęło się chorobą Mo – nic tylko 40 stopni przez trzy dni, wirusówka, wiadomo, nie trzeba panikować, ale tuż przed samym lotem do Polski na święta przestraszyło mnie i docisnęło do ziemi. Ale polecieliśmy, po drodze zostawiając jedną walizkę na lotnisku w Dubliniem, bo ja z zawiniętą dziewczynką, M z wózkiem, torbą i dużą walizą i Adek z dwiema podręcznymi, czyli już więcej rąk nie mieliśmy, a moja uwaga była skupiona wyłącznie na moim zawiniątku, bo przecież dopiero co 40 stopni dwa dni temu, bo przecież na lekach przeciwgorączkowych, bo jeszcze zawieje, pizgnie zimnem, kichnie nowymi zarazkami, plunie morderczymi bakteriami, przed wszystkim musiałam ją chronić.
Gorączka następnego dnia już taka duża nie urosła, a w kolejne dni Mo odzyskiwała wigor i szaleństwo w otoczeniu wujków, cioć i kuzynów, z Wigilijną kulminacją 14 osób.
Przygotowania, sprzątania, gotowania, wizyty, odwiedziny, znany świąteczny kołowrót wciągnął mnie i zagłuszył rozpaczliwe wołania mojego ciała, że już ma dość, że się rozkłada, że chce w końcu odpocząć…