Tytuł 82

Yηga (brakuje mi znaków w alfabecie, żeby napisać, jak cudnie wymawia niektóre wyrazy) Mojni, jak sama o sobie mówi, o czym się dowiedzieliśmy dziś (a cały ranek tylko yηga i yηga, na moje pytanie ‚co to jest yηga’ pokazuje paluszkiem na siebie i dopiero, kiedy dziewczynka lego znalazła się pod stołem, a Mo ją triumfalnie wyciągnęła ‚yηgaa!!’ zrozumiałam, o czym mówi.

A mówi, a właściwie przekazuje wszystko, co najważniejsze – ‚baça miauu!’ oznacza, że chce herbatkę w kubku z kotkiem, biegnie do kuchni krzycząc ochoczo am! am! am! κaκa! kiedy jest głodna, a wczoraj, kiedy cycek nie pomagał na spanie i przez godzinę wierciła się i kręciła, wystawiając dupkę do góry, to znów przekręcając się na plecki, aż wreszcie zniecierpliwiona ofuknęłam ją, przelazła przeze mnie, usiadła pod drzwiami obserwując oświetloną szparę w drzwiach i zaczęła żałośnie płakać i wołać tatę. A gdy skrzypnęły schody uspokoiła się, a potem przytuliła do swojego zbawcy, kazała mu się bujać i śpiewać ‚ija ija o’, a na koniec powiedziała ‚koka’. Mojni koka. Mi potem zamiast serca miał ciepły karmelek przez pół nocy.

Pokazuje paluszkiem i pyta ‚cio to?’, ubiera ‚buty’ i idzie do ‚dzjecji’, ma swoje trzy ulubione piosenki, które mamy wszyscy śpiewać (Elmosong, ifjuhepi, ijaijao). W kółko. Szczególnie na spacerach. I przy usypianiu. I jak się bawimy. Właściwie cały czas. Czasem jej puszczamy z jutuba, ale nie jest to proste, bo komputerowa grafika rymowanek dla dzieci zaprojektowana została najwyraźniej przez członka kościoła scjentologów albo innego przedstawiciela szerokiej katagorii ludzi z zaburzeniami osobowości i po dziesięciu minutach oglądania mnie samej zaczynają się zaburzenia ksobne i derealizacja. Nie jest lekko.

Walczymy dalej o mieszkanie, w sensie kompletujemy papiery na kredyt malutki, taki właściwie tyci tyci, sprzedajemy resztki dziedzictwa M w Pl, pożyczamy po rodzinie, jednym słowem – stajemy na głowie, żeby jednak coś w końcu mieć swojego. Malutkiego najprawdopodobniej, ale raczej w centrum Dublina (dojazdy w moimi godzinami pracy by nas wykończyły), byleby był balkon i park blisko, to damy radę.

Adek wczoraj trzeci dzień w pracy. Radzi sobie (podobno) dobrze i to świetnie, bo to jest praca marzenie dla niego – w jego dziedzinie i jeszcze dobrze płatna (10e za godzinę siedemnastolatkowi nie jest tak łatwo zarobić). Jeszcze musi się trochę ogarnąć (wczoraj gdyby nie ja to by się spóźnił, drugi raz na trzy dni!), jeszcze trudno mu skoordynować spanie, jedzenie i dojazdy, ale powoli powoli. Okazało się w tym roku, że dostał trochę pieniędzy na studia, muszę się tu pochwalić, dostał małe stypendia z różnych źródeł i okazało się, że ubierze się w tym roku i wyszykuje na studia za swoje, nie ukrywam, że dla nas to duża ulga. A i on się cieszy, że ma i że może sobie coś kupić fajnego.