Mój stosunek do kraju, w którym mieszkam, i mojej w nim sytuacji zmieniał się już parę razy. Od wrażenia obcości i żałoby za przyjaciółmi, rodziną i tym poczuciem wygody kulturowej, które sprawiało, że wszędzie w Polsce było się jak w kapciach na sofie, choć się nawet o tym nie wiedziało, przez zachwyt nowością i błyszczącymi możliwościami świata zachodniego, poprzez smutek, że wciąż i wciąż jestem obca, odstająca, kanciasta, tak, jak mój akcent, po pewne oswojenie Irlandii i zrozumienie różnych kontekstów kulturowych. Ale to połączone z rozczarowaniem, kiedy zaczęłam zauważać Irlandzkie wady i upierdliwości Irlandzkiego systemu: że to nie raj, zielonej wyspy nie ma nawet na zielonej wyspie, choć nie istnieje kraj, gdzie trawa bardziej zielona .
Po pierwsze, jest to bardzo mały kraj i wszyscy się znają. A jak nie, to znają twoich znajomych. Sześć stopni oddalenia to w Irlandii dwa: ktoś z twoich znajomych na pewno zna każdą dowolnie wybraną osobę w Eire. Nie przesadzam. Oznacza to dużo większą podatność Irlandii na nepotyzm i faworyzowanie swoich, bo po prostu swoi są wszędzie. Obserwacja powyższa nie jest jednak potwierdzona żadnymi badaniami, co – choć nieco dyskredytuje mnie jako socjologa – może być początkiem ciekawych dociekań;)
Po drugie, choć może jestem już trochę swoja, to jestem obca. To drugie oczywiście wiąże się z pierwszym. Irlandczycy z mniejszych miejscowości opowiadali mi, jak to nawet swoi w sensie urodzeni w Irlandii są obcy i na przykład ludzie, którzy osiedlili się w ich okolicy 20 czy 30 lat temu są nadal postrzegani jako przybysze. Obcy. Ich dzieci także.
Po trzecie, które wynika także z pierwszego, tzw. elity władzy są bardzo wpływowe i bardzo zamknięte. Często się zdarza, że ministrem sie jest w drugim pokoleniu, jakby wraz z nosem i kolorem oczu dziedziczylo sie takze tekę ministerialną. Elity owe nazywane są ‚golden circles’ i gdy w Irl wszystko się zmienia – religijność, obyczaje, stopa życiowa – zlote kregi pozostaja te same.
Po czwarte, co się wiąże z trzecim, bardzo dobre szkoły są drogie, może nie tak drogie, jak w USA, ale wystarczająco, żeby nieodpowiednie dzieciaki do nich nie szły – kosztują średnio 6 tys euro rocznie. Szkoły państwowe są raczej słabe i szanse na studia po takiej szkole są mniejsze, choć oczywiście jest to możliwe, jak widać na przykładnie choćby Adziarza. Zdolne dziecko z odpowiednim wsparciem w rodzicach ma szanse na studia nawet po takiej szkole, średniemu uczeniowi jest dużo trudniej, tak, jak zdolnemu bez wsparcia. Bez wsparcia rozumiem bez rodziców uważających edukację za wartość i mających odpowiedni tzw. kapitał kulturowy, czyli np. umiejętność odpowiedniego pokierowania dziecka czy choćby wytłumaczenia mu zadania z matmy.
Po piąte, Irlandczycy, wbrew obiegowej opinii, nie są buntownikami. Może tę buntowniczość skutecznie wyprało z celtyckiego materiału genetycznego 800 lat pod butem Anglika, może buntowniczość wiąże się z pewną niegrzecznością, odwagą bycia nieprzyjemnym. A tego Irlandczycy nie lubią – są grzeczni, zabawni i lubię jak jest wesoło. Ja akurat cenię tę ich uprzejmość, ale ciemną jej stroną jest niechęć do tzw. powiedzenia prawdy w oczy, czy wręcz tchórzostwo. Unikają niezgody i kłótni jak ognia, co zebrania w pracy przekształca z burzy mózgów w owczy pęd. Wszyscy się ze sobą zgadzają, a jak się nie zgadzają, to i tak się zgadzają. A jak ktoś wkurza, to wszyscy pogadają po kątach, ale konfrontacji nie będzie.
Idę biegać.
Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.