Tytuł 89

Dom się powoli rozpadał. 

Wszystko pokrywało się kurzem i chaosem, niezliczonymi szmatkami, sznurkami, gazetami, książkami, ciuchami, butami i plamami. Przede wszystkim plamami, bo mama, niestety, już nie widziała dobrze. Ojciec walczył jeszcze trochę z rzeczywistością, ale raczej na działce, tam uciekał przed nieuchronnością entropii, bo tam, na działce, wszystko żyło, a w dodatku co roku – o gloria! o radości! się podnosiło z unicestwienia i kwitło! Rodziło! Dojrzewało! 

 

Patrząc na Morinkę z moją mamą myślę o tym dziwnym porozumieniu, jakie czasami wybucha między staruszkami i dziećmi, a im mniejsze jest dziecko a staruszek starszy, tym jest ono bardziej dogłębne, pierwotne, poza słowami. Moja mama śpiewa jakieś dziwne melodie, na poczekaniu układane piosenki bez dużego sensu, a Morinka jakby je odczytuje poza słownie właśnie i buja się do śpiewu i siedzi w skupieniu  długie minuty i słucha i robi poważne miny.