jak przeżyję następne 40 lat.
Pocieszam się, że może to po prostu zmęczenie/niewyspanie/samaniewiemco. Ale nie, to chyba starość (przychodzą mi na myśl te wszystkie fragmenty w których ‚krew mu wolniej krążyła w żyłach). Właśnie się tak czuję. Wolniej krąży, cholera.
Nie mam siły na najprostsze rzeczy. Jak przeniesienie Morinka z dołu go góry i z powrotem po raz piąty, bo zapomniałam paska do spodni. Z szafy. Na górze. A przecież zostawić jej nie mogę, bo człozwierz wspina się po schodach. Od dzisiaj właśnie. A wybiegu dla człozwierzy nie mam. No więc idziemy na górę obudzić Adka, bo już dwunasta, a synek śpi, na dół, na górę umyć rączki, na dół, na górę po krem do rąk. Spędzamy trochę czasu w sypialni. Idziemy na dół, na górę ubrać się na spacer, na dół, na górę po skarpetki dla Moriniaka, na dół, na górę poprosic Adka, żeby zniósł wózek po schodach. Na dół. Czekamy na Adka. Aaaa nie, cholera jasna, zapomniałam paska do spodni i mi spadają. Z powrotem na górę.
(Mieszkamy w takim uroczym małym ‚apartamencie’, który na wzór ulubionych tutaj terrace houses ma schody do sypialni zaraz przy wejściu. I te właśnie schody stały się obecnie moim przekleństwem.)
Padam. Szykowanie się do spaceru wyssało ze mnie całą energię. Pobudka dziś o 5.37 nie pomogła. (Oczywiście, że jeszcze uśpiłam Moriniaka, ale takie spanie z wierceniem się na okrągło to nie mój ulubiony rodzaj spania).
Czyli staro
ść, oczywiście.