Jest taki sposób na to, jak chce się coś zrobić, albo coś robić, ale się ciągle tego nie robi, bo się zapomina, albo się myśli, że zrobi się jutro. Ten sposób to robić to, tylko bardzo bardzo malutko, tak wręcz śmiesznie malutko, tak tyci tyci, żeby nie móc powiedzieć, że dziś to nie, bo za późno, albo za mało czasu. Żeby nawet nie poczuć, że się nie chce. Nazywa się to mini-nawyki (mini-habits dla angielskojęzycznych, polecam książkę!) i polega na tym, że jak chcemy ćwiczyć, to postanawiamy codziennie zrobić JEDEN przysiad, może być więcej, ale nie musi, a wręcz nie powinniśmy sobie więcej postanawiać, bo jak z jednego zrobimy dziesięć, to nic nie zrobimy, czyli jak zwykle. Jeśli chcemy napisać ksiązkę to postanawiamy codziennie napisać 50 słów, jeśli chcemy medytować, to umawiamy się z samym sobą na MINUTĘ medytacji i tak dalej i tym podobnie.
A zatem ja postanawiam oto dziś przez następny miesiąc pisać codziennie JEDNO zdanie, choć jedno, może być tylko jedno, a może i dwa, albo i – hohoho! – trzy!
Ale codziennie.
A Morinek skończył 11 miesięcy i naprawdę mój mózg się zupełnie w supeł zaplątuje, jak o tym myślę, bo był to NAJDŁUŻSZY i NAJKRÓTSZY rok w moim życiu. A właściwie jeden z dwóch o takich właściwościach z gatunku zarchiwumx.
A tutaj Morinek strzela miny trola a mi światło przedburzowe i aparat w komórce razem zmarszczki wyprasowali, więc wrzucam foty, proszę:

