W parku był pan. Miał zamknięte oczy, leżał na wpół skulony na boku, na poduszce, w półcieniu. Był blady i chudy. Obok pana stał wózek inwalidzki, siedziała kobieta i mężczyzna, co jakiś czas któreś z nich się lekko nad panem pochylało, jakby sprawdzało, czy jest mu wygodnie, czy nie prosi o coś ledwo słyszalnym szeptem. Pan wyglądał na trzydzieści parę lat.
Ściągnęłam buty i przeszłam się po sprężystej, lekko chłodnej trawie. Nabrałam do płuc powietrza nabrzmiałego różami i lipami, i jeszcze raz i jeszcze i jeszcze. Morinka eksplorowała okolice parkowego murku, puszczała się i klapała na pupę, podciągała się po zaokrąglonej krawędzi i puszczała raz jeszcze, rączki w górze, łapie równowagę i bach! I znowu, i znowu, i znowu.
Jestem. Jestem. Jeszcze jestem. Jeszcze trwam. Jeszcze mogę patrzeć na takiego cudnego Moriniaka.

(zdjęcie by ciocia Kinga)
Jeszcze mogę bosą stopą dotykać trawy.
Z niemowlakiem życie jest monotonne i rozkosznie wygląda tylko na zdjęciach, rano z trudnością otwiera się oczy, a tu trzeba się bawić (i gdyby nie ta fala słodyczy przemieszanej z odpowiedzialnością, co zalewa za każdym razem, kiedy patrzą się na nas oczka ufne, że mama kocha, to człowiek odwróciłby się na drugi bok i burknął coś na odczepnego). Potem pierwsza drzemka, szybki prysznic i kawa, po południu spacer, park i druga drzemka, obiadek, zabawa z tatą albo bratem i usypianie. Jakieś zakupy, gotowanie obiadu, nastawianie i wywieszanie prania, co parę dni jeszcze kąpiel, takie tam rozrywki. Noc pełna karmienia. A rano od nowa. I zapomina się, że przecież się jest. Że ma się to całe życie, jeszcze. Jeszcze. Teraz. I nie ma na co czekać.

A


