Tytuł 103

Byłyśmy w Polsce. 

W teatrze

na działce

w parku

w domu

W Polsce zawsze zachwyca mnie balsamiczne powietrze, każdy oddech jest przesycony bzem i akacjami, trawą, pokrzywą, lipą i tysiącem innych zapachów unoszących się w powietrzu i opływających całego człowieka. Uwielbiam, zawsze kiedy jestem we W. wdycham i wącham i nacieszyć się nie mogę tą delikatnością i głębią woni. W Irlandii zwykle dominuje ostry zapach morza, ryb, glonów, wodorostów i soli, taki, że aż w nosie kręci. Też lubię i z lubościa wwąchuję się w zielone stwory znalezione na plaży, ale to zupełnie co innego. W Polsce czuję, jakbym cała weszła do amfory, zanurzyła się w wonnej kąpieli różano-akacjowo-trawiastej, słodkiej i łagodnej.

Było cudnie. Gorąco i ludnie, dokładnie tak, jak powinno być na wakacjach.

Morinka ma silną więź z moją mamą, wdrapuje jej się na kolana i buja się do melodii nuconych przez babcię, potrafią tak kiwać się godzinami, aż w końcu Morinek zasypia zmęczony. Pierwszy raz widzę takiego malucha, który po prostu uwielbia muzykę i jest dla mnie dość egzotyczne, jako że mnie słoń na ucho nadepnął. Byłyśmy zupełnym przypadkiem na operze dla dzieci, a właściwie próbie generalnej, miałyśmy tylko zobaczyć i wyjść, ale Mo najpierw zasnęła, potem podjadła (co widać na drugim zdjęciu) potem zaczęła się bujać do muzyki, a na końcu próbowała śpiewać i tak dopiero to wygoniło nas po godzinie z przedstawienia.  

A poza tym powinno się zakazać przyjeżdżania do Polski w maju i czerwcu, bo miesiące te są tak upojne, że człowiek nie chce już być emigrantem.