No i wyszli z Europy, czego podobno nikt się nie spodziewał. Ale przecież już od dawna ta biedna część społeczeństwa angielskiego stawała się coraz biedniejsza, godne życie wywalczone po drugiej wojnie światowej było coraz mniej godne, rosła nierówność społeczna i różnice w dochodach. Na skargi klasy pracującej klasa średnia miała od dawna jedną receptę: mobilność społeczną, czyli tak naprawdę zlikwidowanie klasy pracującej.
Brexit dla mnie jest właśnie krzykiem tej pomijanej części społeczeństwa, tych wszystkich wkurwionych Jamesów i Nikoli, którzy zostali skutecznie wypchnięci z rynku pracy albo ich zarobki zostały skutecznie zamrożone od 10 lat dzięki Polakom. Nie, nie jestem przeciwko Polakom, a już w szczególności Polskim imigrantom, sytuacja jest bardziej skomplikowana. Brexit jest konsekwencją neoliberalnej polityki rozpoczętej w latach osiemdziesiątych przez Thatcher, a potem wesoło kontynuowanej nawet przez Blaira, który był politykiem partii pracy tylko z nazwy. Tak naprawdę Blair i jego Trzecia Droga umocniła ekonomiczny liberalizm, a Polacy tylko do tego byli potrzebni – do pracy za płacę minimaną albo za pieniądze niższe, niż Anglik by się zgodził. I jeszcze ta ‚etyka pracy’ z której polscy robotnicy są otwarcie dumni – ile razy słyszałam w UK (i tutaj również), że ‚Angole (Irole etc.) są leniwi i pracować im się nie chce’ nie to co nam – zmiana po 12 godzin i heja! bez żadnych przerw, na akord i w tempie sprintu. Takie nastawienie jest możliwe tylko u grup aspirujących, które poświęcają z trudem wywalczone prawa pracy tylko dlatego, że w tej sytuacji im się to opłaca, na krótką metę jest to dla nich korzystne, a dłuższą perspektywą nikt sobie głowy nie zawraca, zupełnie tak samo, jak dla partii rządzących horyzont zdarzeń kończy się na czterech latach. Niestety, na niższych kosztach pracy korzystają głównie elity i przedsiębiorcy, ale ci do momentu, kiedy imigranci zaczynają zakładać firmy i konkurować ceną usług, a że obcokrajowcom zwykle zajmuje parę lat oswojenie się z nowym krajem i rozeznanie się w przepisach i szansach, to okazuje się, że przedsiębiorcy popierają imigrację zwykle tylko przez parę lat po momencie najniższego bezrobocia i wpuszczeniu mas imigrantów. A zatem Brexit, nie oszukujmy się, jest wymierzony przeciwko nam, z Europy Wschodniej, to nie jest sprzeciw przeciw ‚Pakim’ ani ‚ciapatym’, bo oni mieszkają w UK od lat i to na zupełnie innych podstawach prawnych.
W Irlandii z reguły już po pierwszym zdaniu poznaję, kto zaraz wyrazi radość z tego, że mieszkam w jego kraju. Akcent interlokutora zdradza, czy jest to osoba dobrze wykształcona, zamożna i z dobrym zawodem, a dla takiej osoby jestem tylko zyskiem – dzięki imigrantom może korzystać z tańszych usług (fryzjer, pralnia, kawiarnie, restauracje, opieka nad dziećmi i staruszkami, sprzątanie – you name it), zarabiać na wynajmie mieszkania (większość wynajmujących to imigranci!) a konkurencją na rynku pracy dla tuziemców nie jesteśmy żadną, bo licencjat z Dublina jest zawsze więcej warty niż magisterka z Warszawy. Dla klasy pracującej, albo – jak się ich ostatnio nazywa – niepracującej – jesteśmy zagrożeniem, bo to ‚dzięki’ nam przedsiębiorca może powiedzieć ‚na twoje miejsce mam stu innych’ – Polaków. Stu Polaków. A zatem rasizm, czy też ksenofobia nie wynika z tego, że osoby niewykształcone są głupimi burakami, ale z konkretnej sytuacji ekonomicznej. To również tłumaczy, dlaczego Polacy z UK, którzy mają obywatelstwo brytyjskie często głosowali za wyjściem z UE – dla nich nowi imigranci to więcej gęb do wspólnej michy.
Ale niestety wynik referendum dał takie społeczne przyzwolenie na otwarcie rasistowskie i kswnofobiczne postawy, co wcześniej było nie do pomyślenia. Ale może kiedy Polacy sami będą ofiarami zmniejszy to ich rasizm, ksenofobię i nacjonalizm. Bo już naprawdę rzygać mi się chciało od czytania o ‚ciapatych’ i ‚muslach’. Nosił wilk razy kilka …










