Tytuł 105

9 miesięcy i 2 tygodnie.

Słodycz.  Chciałoby się ten czas zatrzymać i wąchać, leżeć i bez końca patrzeć się na te paluszki, stópki, oczka jak paciorki, tę słodkość karmelową, chciałoby się trwać w takim pozaczasie, jak wczoraj, kiedy miała spać, a nagle otworzyła oczka i uśmiechnęła się do mnie i patrzyła się na mnie. Uśmiechała się i patrzyła i uśmiechała i tak trwałyśmy nie wiem jak długo, bo czas jakby stanął w miejscu, kiedy tak w zupełnym bezruchu obserwując mnie równocześnie uśmiechała się takim najpiękniejszym niemowlęcym rozanielonym uśmiechem.

Chciałoby się ten czas przyśpieszyć, żeby już trochę więcej rozumiała, żeby już wiedziała, że nie należy ściągać wszystkiego ze stołu, z kanapy, z łóżka, że nie należy wkładać paluszków między drzwi, kiedy tylko dorosły człowiek się na 10 sekund – dosłownie! – obróci, żeby już umiała sama zasypiać, żeby już przesypiała całą noc, żeby już nie biegła w stronę gorącego żelazka jak zwierzaczek na czterech kończynach, żeby już rozumiała, że mama MUSI ZROBIĆ SIKU i nie robi tego na przekór ani za karę malutkiej dziewczynce, tak samo, jak ubieranie nie jest żadną wymyślną torturą, wynalezioną tylko po to, żeby dręczyć malutków, i żeby wobec tego już tak nie krzyczała jak obdzierana ze skóry kiedy człowiek tylko nakłada malutkowi rajstopki, a nie łamie ustalenia konwencji genewskiej.

Słodycz i słony smak równocześnie, kiedy pot zalewa oczy, bo człowiek od pół godziny niesie dziesięciokilogramowe stworzenie całe w uśmiechach na jednej ręcej, drugą pchając wózek z proszkiem i trzema kilogramami ziemniaków, piecioma zabawkami, butelką wody, piłką, sweterkiem, pieluchą, pampersem, kubeczkiem, kurteczką, czapeczką, a nawet dwoma, przypadkowo w bonusie akurat dzisiaj, śpiewając przy tym przez całą drogę, żeby stworzenie pozostało w uśmiechach, bo od uśmiechu do płaczu bardzo blisko, jak wiadomo, a dokładnie to pół metra, bowiem wystarczy stworzenie obniżyć o 50 centymetrów i włożyć do wózka i voila! Znowu skarga oralna do Trybunału Haskiego na nieludzkie traktowanie malutków.

Czyli słodycz przetykana solą, jak słony karmel, smak czekolady Lindta odkryty przeze mnie tej zimy, i lekką goryczką zmęczenia, sięgającego już zupełnie innego poziomu, innej kategorii wagowej, wręcz innego wymiaru, bo przecież od sierpnia ani jednej. Całej. Nocy.