Tytuł 106

Taki dziewięciomiesięczniak to najsłodszy jest na całym świecie, kiedy już taka upierdliwość noworodkowa mija, kiedy zaczyna być widać tę przebijającą się człowieczość, ten ogromny wysiłek, żeby się skontaktować z mamą, tatą, bratem, całym światem, te uśmiechy, pokrzykiwania, odpowiadania na zaczepki, to zniecierpliwienie, kiedy ją zagaduję w trakcie badań naukowych okrucha na dywanie, te miny pokazujące ‚nie przeszkadzaj, nie widzisz, że pracuję?’ nie widzisz, że właśnie studiuję istotę bytu pyłka w powietrzu, kropli w morzu, haustu w powierzu, i ta skupiona mina i trącanie paluszkiem, ale nie całym, tylko samym czubeczkiem, opuszkiem, paznokietkiem.

I ta słodkość wsadziła nóżkę do wrzątku cztery dni temu, moja biedna dziewczynka, moja wina, moja bardzo wielka wina, że z nią na rękach robiłam herbatę, bo Adka brzuch bolał, bo szybko szybko, a samą ją w pokoju boję się już zostawić, i tak oto sekunda i krzyczała dwie godziny, aż zupełnie wykończona zasnęła przy cycku na pogotowiu. Ech. Poparzone malutkie paluszki. Na szczęście tylko paluszki.