Tytuł 111

Stałam przy zlewie, myłam gary i to była moja najcenniejsza, bo jedyna, chwila odpoczynku. Nawet w nocy budził mnie płacz – jak mi się wydawało – co chwila. – W co myśmy się władowali – pomyślałam. – Rany. Rany, rany – myślałam – i co my teraz zrobimy?? Myłam te gary i myłam i nic więcej nie myślałam, bo nawet myśli nie chciały się układać ze zmęczenia. Morinka miała wtedy może miesiąc, może dwa a ja jeszcze się nie otrząsnęłam z ciosu młotkiem w głowę, jakim jest przyjście na świat dziecka. Życie składało się z samych chwil ‚teraz’. Doskonaliłam się w sztuce przetrwania w postaci najczystszej: życie z noworodkiem.

– Co tam siostra gadasz – mówił mi brat przez Skypa – taki noworodek to tylko śpi i je!

Morinka spała tylko na rączkach albo koło cycka, kiedy nie spała, to jadła, a kiedy nie jadła i nie spała, to chciała oglądać świat z czyichś ramion. ‚Nieodkładalna’ przez pierwsze trzy miesiące. Najgorszy był piątek, bo juz w czwartek M miał do pracy na rano i nie miałam nawet tych dwóch porannych godzin, które przeważnie ratowały mi życie. W piątek rano zatem było mi już wszystko jedno, wstawałam z Moriniakiem i snułam się przez godzinę, do jej następnej drzemki, kiedy udawało mi się trochę dospac. Do samiutkiego wieczora tylko we dwie, bo Adek na matmie poszkolnej. A potem przychodził M i mogłam – hurra!! – umyć naczynia! Sama! Bez przyczepionego do mnie ssaka! Albo nawet – o zgniłe luksusy! – pójść na zakupy do Lidla! Zobaczyć ludzi! 

Takie były początki, piszę ku pamięci.

A teraz mały naukowiec siedzi sam na dywanie, wytarty, łysy placek z tyłu głowy, jak to na prawdziwego człowieka nauki przystało i w skupieniu, nie, przepraszam, w SKUPIENIU, podnosi klocek i go upuszcza. Podnosi i upuszcza. Turla, podnosi i upuszcza. Pstryka paluszkiem, turla, podnosi, upuszcza trochę dalej. I tak razy trzydzieści. Przez pół godziny. A potem włącza muzyczkę na swoim zabawkowym telefonie i się buja. I uśmiecha.

Mój Morinek.

Wczoraj, na Patryka, w okolicznościowej koszulce:

I bardzo zadowolony w hipsterskiej knajpie:

Tutaj mi się trochę zaniebieszczyla, ale widać jaką grzeczna na spacerku: