Morinek skończył wczoraj siedem miesięcy i wpis się mu po prostu NALEŻY. Choć obawiam się, że wszystkich tu zacukruję tak, aż nas zemdli, bo rozczula mnie ta Królewna Siusianka potwornie. Najbardziej, kiedy siedzi sobie w swoim pudełku i wygląda jak postać z Krecika:


(Boze czemu robię tak potworne zdjęcia?)
Pochylona nad klockiem, łyżeczką, kubkiem, gazetą poddając przedmiot dogłębnie analizie ontyczno-organoleptycznej, ze skupioną miną i grzywką z tyłu spędza nad obiektem badawczym długie minuty testując go i eksperymentując: obracając go, wtykając paluszki w dziurki, wyrzucając z pudełka, klepiąc nim o podłogę, suwając po podłodze, wreszcie liżąc i gryząc. I cały cykl powtarzając 5 razy.

Oprócz tego siedmiomiesięczna Morinka tańczy do muzyczki – dziś jej puściłam Bolero Ravela, które w ciąży grałam brzuchowi i patrzę, a tu Morinka SIĘ BUJA. I śpiewa takim strasznie grubym głosem. (Adek się śmiał, że talent ma po mamie).
Zaczęła również spokojniej jeździć w wózku – nadal w nim nie lubi zasypiać i jak jest zmęczona trzeba ją z niego wyciągać na-ten-tychmiast, ale jak nie jest zmęczona to sobie jedzie i PATRZY. Spacery teraz to czysta przyjemność.
Lubi jak jest hałas, muzyka i mnóstwo przepychających się ludzi, najwyraźniej lubi SPOŁECZEŃSTWO. Dziecko socjologów.
Nie jest za bardzo skupiona na fizyczności, jeśli tak można powiedzieć, przewróciła się dwa razy z pleców na brzuch i z powrotem, dowiedziała się, że tak można, ale woli siedzieć i analizować. Lubi dzielić się wnioskami z badań opowiadając nam coś w strasznym skupieniu. Czasem wydaje mi się, że rozumiem.
Była pierwszy raz była na zjeżdżalni.

Mina mówi, że musimy powtórzyć.
Nadal się budzi w nocy parę razy, w sumie nie wiem nawet ile, bo conocnie jestem taka zaspana, że zapominam policzyć, a już dawno oduczyłam się patrzeć na zegarek. Nic nie pomaga, a stresuje, że już czwarta czy tam jakaś piąta rano.
Mój Morinek.
