Jeszcze NIGDY nie mialam takiej grupy, jak w tym roku. Wroc, wroc – raz, kiedys, siedem lat temu, kiedy bylam jeszcze bardzo niedoswiadczona wykladowczynia i kiedy jeszcze poslugiwalam sie angielskim dosc – umowmy sie – niepewnie, mialam podobna grupe. Ale od tego czasu, przez te wszystkie lata nie dane mi bylo – na szczescie! – pracowac w tak wybuchowym srodowisku klasowym.
Wyobrazcie sobie klase z lat 80tych z samego srodka amerykanskiego getta, wezcie z niej szesc najwiekszych zadymiar, dodajcie do tego dwie bardzo pilne uczennice, trzy niezbyt rozgarniete i jednego faceta i voila! moja klasa. Plus piec osob, ktorych jeszcze nigdy nie widzialam na oczy. I mam ich uczyc podstaw Worda, PowerPointa i Excela. Do tego polowa cos tam umie, polowie sie wydaje, ze cos tam umie a trzecia polowa nic nie umie i siedzi naburmuszona. Albo mamrocze cos pod nosem, a na moje pytanie odpowiada ‚Nothing. Whatever’. Specjalnie mowiac niewyraznie i z najgorszym irlandzkim akcentem jaki dane mi bylo slyszec. Do tego kazdy zadaje pytania o co innego w tym samym czasie, a jak nie znam odpowiedzi w tej sekuncie, to dostaje kolejnego negatywa.
Co czwartek po dwoch godzinach z nimi mam ochote polozyc sie na wykladzinie miedzy stolikami i zaczac krzyczec. Na szczescie doszlam juz do tego, ze przestalam sie ich bac. Staram sie rowniez nie znielubiec ich doszczetnie, bo jak bede miala do nich awersje, to te zajecia stana sie jeszcze gorsze. Wiec stoje na tej granicy poza ktora tylko wkurw i pozoga i bardzo bardzo bardzo staram sie nie gibnac w zla strone, za kazda odzywka oddycham gleboko, cofam noge ktora juz po zlej stronie stoi i nie daje sie sprowokowac.
Niestety, wiem, ze za kazdym takim studentem stoja przerozne historie – a to ataki paniki, a to problemy rodzinne, a tob narkotyki lub rodzice narkomani i tak dalej i tak dalej. Ale – ratunku! – nigdy nie marzylam, zeby pracowac w poprawczaku! ani w szkole dla trudnej mlodziezy.