Dzisi
aj Morinka kończy 6 miesięcy, ale wpadam tu jak po ogień, bo taka zarobiona to chyba nigdy w życiu nie byłam. Oto w zeszłym tygodniu doszło mi sprawdzanie prac zaliczeniowych na uniwerku i ze zmęczenia, stresu, przeziębienia, kolejnego zapalenia piersi, wkurzenia na grupę, która na mnie naskarżyła szefowej, wstydu za popełnione wczoraj po czterech godzinach wykładów poważne biurowe faux pas i wkopanie przyjaznej koleżanki w nieprzyjemną sytuację i w ogóle wszystkiego się mam ochotę dziś się tylko rozpłakać. Może nawet tak zrobię już za chwilę, co zupełnie nie zmienia tego, że Moriniak jest prześliczny, cudowny i kochany i że rozpływam się cała, kiedy tak sobie koło mnie leży i cichutko posapuje. Albo zagaduje. W nocy, wkładając sobie paluchy do buzi z bardzo skupioną miną mówi ‚ghyyyy’.
Jeszcze tak ciężko będzie przed dwa miesiące, a potem odetchnę. Odetchniemy. A teraz marzę tylko o przetrwaniu. Wszystko inne zostało odłożone na kwiecień.