Pięć i pół miesiąca, no kto by pomyślał, pachnie i jest sobie, takie maleństwo, a takie duże już. Łatwiejsze to macierzyństwo od jakiegoś miesiąca, słodsze, rozkoszniejsze, delektuję się Morinką, rozpływam się, kiedy rano po śniadanku nagle oczka robią ping! i zaczynają się we mnie wpatrywać malutkie czarne koraliki i widzę, że mnie poznaje i zaraz zaczyna się uśmiechać takim niemowlęcym najszczerszym uśmiechem, jakby chciała wykrzyknąć, że MAMA! JEST! ALE FAJNIE! Radość niemowlęca jest zaraźliwa, zaraz w środku rozlewa się takie ciepło, jakiego już dawno nie pamiętałam, jakby człowiek się iskrzył radością, jakby nie mógł się skończyć cieszyć z samego faktu istnienia. Nadal się Moriniactwo budzi parę razy w nocy i wiem, że dopóki będę piersią karmić, to będzie się budziła, ale odpuszczam na razie, nauczyłam się spać w dwugodzinnych interwałach, przebudzam się, dostawiam ssaka do piersi i zasypiam i tylko gdzieś tam się znowu budzę po jakimś czasie i chowam cycka. Zrozumiałam, że to minie, jak wszystko w życiu, minie i będę tęskniła za tym cudownym towarzystwem małego, cieplutkiego stworzonka, delikatnie posapującego przez sen, z tym niepowtarzalnym zapachem mleczka i świeżości w oddechu, który ludzie potem tak szybko tracą. Opiekunka O. dalej okazuje się skarbem, dziś poprosiłam, żeby została dłużej, bo się z pracą nie wyrabiam i przyszłam do domu chcąc trochę jeszcze popracować, a M akurat spała i O tak się zakłopotała, powiedziała, że może pójść do domu, bo nie ma co robić, bo M śpi i tak dalej. Jest jej tak strasznie głupio, jak Morinka śpi, że chce mi gary myć i sprzątać w tym czasie, ale jej nie pozwalam, bo jej praca to Moriniak, a ja jestem cała szczęśliwa, że podchodzi do niej z sercem. W zeszłym tygodniu jej nie upilnowałam i mi poskładała ciuchy po praniu i w szufladach Mo, które jej pokazałam i teraz jest mi głupio wciskać tam jakieś body czy inne śpioszki na chama, jak to zwykłam była robić, bo gdy tam zaglądam to wszystkie mikro ciuszki są poukładane w kosteczkę. I zaczynam mieć wyrzuty sumienia i też składać te śpochy, po czym się zżymam sama na siebie, że jeszcze dodatkowej pracy sobie zadaję;)
Nie chwaliłam się tu jeszcze Adziarzem, który w tym roku w konkursie naukowym BT Young Scientists zgarnął drugą nagrodę główną w całej Irlandii, a do tego jeszcze nagrodę specjalną Irlandzkiej Rady Naukowej i dodatkowo nagrodę Intela i jedzie z kolegą do Stanów reprezentować Irlandię w konkursie międzynarodowym. Przyniósł do chaty jakieś kryształy, ma zdjęcie z ministrą edukacji i tak mu się poprawiło morale, że nawet zaczął się uczyć;D Uni w Manchesterze zaprosiło go na rozmowę, wciąż czeka na odpowiedź Uni z Londynu i Warwick. My do końca nieprzekonani na ten Manchester, to dwie godziny drogi od mojego brata, u którego by mieszkał, czyli cztery godz. dziennie w pociągu, nie wiem, czy jest na tyle wytrwały. Bo nie stać nas, żeby sam mieszkał w Manchesterze, a trochę jeszcze za młody jest, żeby studiować i pracować. No zobaczymy. Teraz sobie myślę, że Uni w Irl nie byłoby takie złe, jest w końcu pięćdziesiąte na świecie, tylko, że Adek mówi, że nie ma takiego kierunku, który najbardziej go interesuje. Z tym konkursem to najlepsze jest to, że w tym roku go trochę olał, tzn. chodził przykładnie przez calutenkie wakacje po cztery godziny dziennie, ale poza chodzeniem to widziałam, że wkładał mniej serca niż w poprzednich latach. I sam mówił, że projekt chyba słabszy niż wcześniejsze. A tu niespodzianka. Może dlatego, że projekt bardziej medialny, ładniej brzmi i jakoś tak bardziej zrozumiale dla laika, nie to co czysto matematyczny Engels expansions of predictable patterns czy jak to tam było w zeszłym roku, kiedy nikt prócz matematyków nic nie kumał. A teraz Mathematical Model of Coffee Rust Disease , czyli matematyczny model pewnej choroby kawy dziesiątkującej plantacje w Ameryce Południowej i każdy sędzia sobie zaraz parujący kubek porannej kawki wyobraża i zaraz jakoś tak przyjemniej się robi na duszy komisji. No to dali im wygrać.