Tytuł 118

Weszłam do klasy, uśmiechnęłam się i odetchnęłam – włączyło się ośmioletnie doświadczenie i pierwsze zajęcia po urlopie macierzyńskim były, mogłabym wręcz powiedzieć, przyjemne. A pół nocy nie mogłam wczoraj spać na myśl o powrocie do szkoły. Nadal jesteśmy w niedoczasie, nadal praca i Morinka wymaga sztuczek prestidigatorskich, ale potworny stres już minął. Duża w tym zasługa super niani, na którą się zupełnie przypadkowo natknęłam w sklepie polskim. Na pierwszy rzut oka całość wygląda dziwnie i każdy, komu o niej opowiadam staje się od razu podejrzliwy – bo O. ma synka dokładnie w wieku Moriniaka, więc jak to tak, synka zostawić i cudze dziecko bawić? Ale intuicja mi powiedziała, że to jest fajna dziewczyna, że będzie z nią dobrze Morince i że jej wyjaśnienia brzmią przekonująco – nie chce wracać na cały etat do roboty, w której zmiany miałaby piątek, świątek i sobotę. Nie chce zostawiać swojego dzieciaka na tak długo, a tak u mnie dorobi sobie akurat tyle, że budżet jej się zepnie, a z jej dzieciakiem zostanie mąż, który pracuje na wieczory i nocki. I pasuje jej i mi. O. jest serdeczna, miła, spokojna, była u nas 3 razy w zeszłym tygodniu, żeby Morinka się do niej przyzwyczaiła. I po pierwszym płaczu Mo zaakceptowała O. zupełnie, a kiedy O udało się uśpić Moriniaka (jak wiemy zaspia prawie wyłącznie przy cycu, no, chyba, że na tacie), to już zupełnie mnie do siebie przekonała. Dziś kiedy przyszła do nas to Morinka się uśmiechnęła na jej widok. Jak zadzwoniłam, to jadła kaszkę, a jak przyszłam to spała. Pełen sukces. I straszna ulga, bo kwestia usypiania Moriniaka (i jej jedzenia) spędzała mi sen z oczu, tak paradoksalnie.