Pierwsza wirusówka za nami. Gorączka dwa dni (akurat te dni po moim tresowaniu), potem wysypka. Trzydniówka. Morinek umie wyciągać najcięższe działa, kiedy chodzi o najważniejsze – bo przecież choremu dziecku się nie odmawia, więc znowu je co godzinę. Ech.
Ja ze skrajności w skrajność, od ‚taki maleńtasek to jeszcze za mały na trening’ po wściekłość przebijającą się przez zmęczenie, kiedy maleńtasek dostaje histerii gdy mu wyjmuję cycek z buzi, po kolejnej sesyjce spania z nim w buzi. Bo też potrzebuję snu.
Pierwszy raz się zaśmiała pełnym głosem. Do Adka, który stał i wymachiwał swoimi długaśnymi kończynami bawiąc się jej zabawką i opowiadając mi jakąś swoją pełną ekspresji szkolną historię. I nagle historia została przerwana takim szczerym HAHAHA z dna duszy. To się malutek uchachał.
Poza tym pójście do pracy to na razie dla mnie kosmos. Szkoda, że taki bliski.