Tytuł 125

Postanowiłam zatem Morinkę trochę nauczyć. Nie chciałam jej jednak zostawiać na pastwę losu i własnego płaczu, jak w metodzie ‚na wypłakanie się’ (kładzie się dziecko o określonej porze do łóżeczka i tam zostawia, w ten sposób dość bezpośrednio sugerując mu, że powinno zasnąć) i w modyfikowanej wersji podnieś/połóż (nie zostawia się jak płacze, ale podnosi, uspokaja, kładzie z powrotem i wychodzi i tak do skutku), a wiedziałam, że jest takim silnym malutkiem, że inne delikatniejsze metody nie wchodzą w grę – bo Morinka lubi to, co lubi i tyle. Wypłakanie się wydawało mi się takie barbarzyńskie, jakbym torturować miała własne dziecko, które będzie przez to straumatyzowane do końca życia (jak wiadomo kortyzol, hormon stresu ma bardzo negatywny wpływ na rozwój mózgu, a bardzo wczesne traumy zapisują się w ciałku migdałowatym, które potem w trudnych momentach życia bombarduje dojrzały już mózg nieprzerobionymi, potwornie silnymi emocjami z niemowlęcego okresu życia i tak dalej), ale trafiłam na ruch Respectful Parenting: płacz w ramionach rodzica, to zupełnie co innego, niż samotny płacz w łóżeczku. Płacz, kiedy rodzic przytula i jest obecny zmniejsza stres i pozwala wyrzucić z siebie złe emocje, jest leczniczy jak wypłakanie się w rękaw przyjaciela czy na kozetce terapeuty. Jeśli rodzic jest przy dziecku i je słucha, przyjmuje do wiadomości jego uczucia i ból, dziecko godzi się ze stratą i uczy się radzić sobie z frustracją. I takie tłumaczenie mnie przekonało. Postanowiłam zatem nie dawać cycka na każde żądanie, ale być przy malutku, przytulać i wysłuchać jej protestów. Zdecydowałam się zacząć od nocnych karmień, bo budzenie sześć razy w ciągu nocy też dawało mi się już weznaki, a podobno najpierw trzeba zmienić przyzwyczajenia nocne, żeby poukładać dzienne. Bo niby łatwiej.

Plan zaczęłam wprowadzać w piątek. Nakarmiłam dziewczynkę i zasnęła (nie jestem gotowa pożegnać się z wieczornym karmieniem, które dla nas obu jest taką cudowną godziną razem, ona sobie ciumka i się przytula, ja sobie patrzę się na moją córeczkę, wącham ją i delikatnie głaszczę), a kiedy się obudziła po godzinie, nie dałam jej cycka. Zaczęłam ją usypiać bez.

I się zaczęło. 

Płakała przez godzinę. Ja płakałam razem z nią. Potem przyszedł Mi, pobujał ją i uspokoił, ale kiedy tylko poczuła, że ją kładziemy do łóżka, znowu zaczęła zanosić się płaczem i szukać cycka. Ja czułam się koszmarnie, fizycznie czułam jej cierpienie – było mi niedobrze, bolała mnie głowa, bolał mnie żołądek i każdy mięsień, przytulałam ją i było mi tak bardzo źle, jak tylko można sobie wyobrazić. Ona wsysała się w moją rękę, w moje ramię, w policzek, prężyła się i ryczała, kładłam ją, przez chwilę była spokojna i obracała głowę do cycka, którego nie było. I znowu się zanosiła spazmatycznym szlochem, aż zachrypła. W końcu wyczerpana zasnęła. Założenie było takie, że nie daję jej jeść częściej, niż co 3 godzniny. Kiedy się zatem obudziła o 23 nakarmiłam ją, ale o 1.20 znowu była bujana bez cycka. Płakała zatem do 2, kiedy ją nakarmiłam. A potem zasnęła i spała aż do szóstej. 

W sobotę cały dzień bałam się nocy. Tak, jak wcześniej nasze pójście spać było przyjemnością, tak teraz ze strachem czekałam na wieczór. A jeszcze moja siostra powiedziała mi, że psychoanalityk dziecięca stwierdziła, że takie małe dziecko może być jeszcze za małe na takie metody. Ale postanowiłam wytrwać jeszcze trzy dni i wtedy ewentualnie zdecydować.

Wieczorem nakarmiłam ją, zasnęła, obudziła się po czterdziestu minutach i zaczęłam ją lulać do snu bez cycka. I znowu się zaczęło. Płakała, płakała, płakała. Wyła, skarżyła się, ryczała, jakby mówiła mamusiu, czemu mi to robisz, mamusiu, ja nie potrafię inaczej zasnąć. Przytulając ją czułam się koszmarnie, fizycznie czułam jej rozpacz, było to niemożliwe do zniesienia. Znowu mnie wszystko bolało – głowa, żołądek, każdy mięsień. O 22, po półtorej godziny, poddałam się i ją nakarmiłam. Zjadła i zasnęła. 

Zrozumiałam, że nie jestem gotowa na taki płacz. Nie dam rady, nie potrafię, nie wytrzymam. Mam wrażenie, że jest jeszcze za mała. Poddałam się, a następnej nocy Morinka dostała gorączki. Obudziła się o pierwszej i popłakiwała do piątej. I jadła, oczywiście, bo choremu dziecku nie można odmawiać karmienia. I cały trening i tak poszedłby na marne.

Ale jeszcze się czegoś nauczyłam, czegoś ważnego.