Morinek dał ostatnio odsapnąć. Tak mniej więcej od tygodnia. Nadal je całą noc, nadal nie lubi wózka, ale – alleluja! – nie płacze odłożona. Właściwie w ogóle nie płacze. Oprócz wózka, ma się rozumieć. Bo wózek ZŁO.
Umie się nawet sama zabawić własnymi rączkami.
Tak gdzieś z 15 minut, mniej więcej.
Śpiewa z Adele i Amy Winehouse.
Uśmiecha się strasznie rozkosznym bezzębnym najszczerszym uśmiechem trzymiesięcznego bobasa.
Zaczyna mi wkładać łapki do buzi i ciągnąć za co akurat złapie.
Dwa poprzednie tygodnie były ciężkie, bardzo ciężkie. Mamy dość niepewną sytuację finasowo-bytową, co w połączeniu z małym dzieckiem i ciągłym zmęczeniem powodowało, że zaczęłam się zamartwiać. Bardzo. A nawet wpadło mi do głowy, że mam początki depresji poporodowej, kiedy w nocy zamiast łapać te chwile snu pomiędzy karmieniem o 1.24 a 3 biegałam w kółko w środku swojej głowy usiłując znaleźć wyłącznik tych wszystkich strasznych obrazów przesuwających się przed oczami duszy. A widziałam już siebie z dwójką dzieci na ulicy albo w zapleśniałej suterenie bez okna. Jak z bajek Andersena. O chorej dziewczynce, Morince, co słońca nie widziała i kaszlała całą zimę. I ze swojego łóżeczka patrzyła się na maleńskie ziarenko, które jakimś cudem wykiełkowało w tych przyziemnych ciemnościach … i tak dalej. Andersen i Dickens w jednym.
No ale się ogarnęłam. Na razie.
Bo przecież
Źródlanej się wody napiję. A wtedy nadziejo mnie prowadź!
(Jak trzeba to mogę zwariować.)