Macierzynstwo to jak kop w glowe z polobrotu. Przez pierwszy rok nie wiesz co cie dopadlo;) Tylko sie cudownie o tym zapomina w ciagu nastepnych paru lat.
W gorszych chwilach czytam Biona i idea pracy matki jako przyjecia elementow beta od dziecka i zamiany ich na alfa pomaga i tlumaczy czemu ta matka taka zmeczona zabawa z przeslicznym bobasem. Malutkie dziecko bowiem jest w stanie psychozy, pelne niezintegrowanych potwornych uczuc i odczuc cielesnych. Matka je przyjmuje w siebie, przepracowuje i nazywa i w takiej przerobionej postaci zwraca niemowleciu. Niemowle nie odczuwa glodu, tylko AAAAAAA! nienazwana groze, dopiero matka nazywa i oblaskawia te uczucia i w ten sposob pomaga niemowleciu myslec. Morineczko kochana, gloda jestes sloneczko, nie trzeba tak krzyczec, to tylko gloda Morinka byla. I tak dalej, setki razy dziennie. Ale aby to zrobic dobrze same slowa nie wystarcza, trzeba to AAAAAA wziac w siebie, wchlanac, poczuc te groze anihilacji i przetworzyc. A to jest ciezka emocjonalna praca. Cale szczescie ze ten nasz psychotyk taki uroczy:)
Psychologowie sa zgodni – to matka/opiekun tworzy zreby umyslu dziecka. Uczy go jak myslec – bez tego dziecko nie stanie sie czlowiekiem. Nigdy nie nauczy sie mowic i rozwazac rzeczywistosci na ludzki sposob.
Powtarzam to sobie, kiedy Moriniak nie chce lezec w wozku i spacerek staje sie noszeniem siedmiu kilo na rekach przez czterdziesci minut. Zeby nie plakala. I kiedy jest tak zmeczona, ze zanosi sie placzem i nie moze zasnac. I kiedy chce spac tylko na raczkach w pozycji pionowej, bo meczy ja refuks. I kiedy budzi sie po raz kolejny w nocy, je i sie kreci przez nastepna godzine, bo budza ja jej wlasne pryki;)