Tytuł 135

Popisałabym, ale brak mi trzeciej ręki. Bo jedną to tak niewygodnie.

Zaprzyjaźniam się z paniami z Lidla i ze sklepu polskiego, zawsze byłam nieco – wycofana? zamotana? zawstydzona? co z zewnątrz wyglądało jakbym była wyniosła i z muchami w nosie, co w sumie może i było prawdą – żeby do pań zagadywać, czy w ogóle do kogokolwiek na przystanku, przy ladzie, w autobusie. A teraz w moich chwilach wieczornego luksusu, kiedy wyskakuję do Lidla po tym jak M przychodzi z pracy, panie wydają mi się tak przyjaźnie znajome, a ja tak wygłodniała kobiecych gadek, że mowie. Że TaMoja to drze się w wózku i już nie wiem, co mam robić. Że smoka też nie chce. Że w kombinezoniku za gorąco. I tak dalej. Takie zwykłe gadki-szmatki, żadne tam dywagacje nad istotą bytu, tylko komentarze z samego środka egzystencji, zwyczajne opisy rzeczywistości matczynej, subiektywne i wspólne wszystkim matkom równocześnie. A te chwile kompletniego porozumienia, kiedy ja wiem, że one wiedzą i razem dzielimy tę rzeczywistość, chowam sobie w głowie i przynoszę jak trofea do domu, może i ważniejsze łupy niż te zakupy.

I czas minął.