Omdlewająca nad filiżanką herbaty karmiłam i karmiłam, a Morinka sobie jadła i jadła. Trochę jadła, trochę spała, trochę sapała, trochę płakała, jak to ona. Na koniec wyglądało, że usnęła. No i całe szczęście, bo czułam, że dalej już nie wytrzymam, roztopię się jak góra masła. Moim celem wyprawy było kupienie Morince jakiegoś sweterka, bo tu październik za pasem a maluch ma tylko śpiochy. Skończyłam zatem karmienie, wypiłam gorącą herbatę (w końcu zapłaciłam dwa i pół euro!), zadzwoniłam do M, że zaraz natychmiast idziemy do sklepu, włożyłam maleńtasa do wózka i poszłyśmy.
A w wózku Morinka zrobiła ping! i otworzyła oczka. Nie spała. Trochę mnie to zaniepokoiło, no ale bez przesady, prawda? Ale już wietrzyłam podstęp. Doszłyśmy do galerii handlowej St. Stephens Green, szybko szybko, władowałyśmy się do sklepu, schodami ruchomymi w górę, krążąc z wózkiem łypałam na sweterki, ale wszystkie po 20 euro! 20 euro!! Złapałam jakąś bluzę dresową, wszystko jedno, ważne, że bawełna i z kapturem i nie za droga. I wtedy poczułam, że MUSZĘ maleńtasa przebrać. Ale niestety, w pomroczności jasnej (nie spanie powoduje dziury w mózgu, są na to naukowe badania) nie wzięłam ani pieluchy, ani śpioszków, ani niczego. Duży błąd. W międzyczasie tak zwanym Morinka zaczęła kwękać. Wpadłam więc do drogerii po pieluchy, jak po ogień, i do przebieralni. Kiedy ściągałam brudną pieluchę maleńtas zaczął sikać, bo jak powszechnie wiadomo, dzieci zaczynają sikać w momencie jak się im ściągnie pieluszkę. Ale nie ze mną te numery, uśmiechnęłam się nawet do siebie pod nosem jak złapałam siuśki jeszcze do starej pieluchy i bardzo z siebie zadowolona ściągnęłam ją i wyrzuciłam do kosza. I w tym momencie moje dziecko zdecydowało się zesikać NAPRAWDĘ, na koszulkę, śpioszki i kocyk. Który oczywiście rozścieliłam na przebieraku, żeby dzieciątko miało przyjemnie. Cóż było robić, zapakowałam mokrą Morinkę do wózka, owinęłam drugim suchym kocykiem. Zaczęła płakać. Wyjechałam z przebieralni. Zaczęła się zanosić. A muszę wam powiedzieć, że potrafi dać czadu. (W sumie też bym dawała, gdybym musiała jechać przez pół miasta w mokrych majciochach, hmm.) Nie słyszałam w okolicy drugiego tak głośno wrzeszczącego dziecka. W galerii musiałyśmy zjechać windą na dół, nie patrzyłam się ludziom w windzie w oczy, kiedy im pękały bębenki od wrzasku w metalowej klatce. Wyjeżdżałyśmy na sygnale, co pięć minut przystawałam, wyciągałam syrenkę alarmową, zawiniętą w jedyny suchy kocyk, i próbowałam ją uspokoić. Z bardzo miernym skutkiem. Czyli właściwie bez. Wyszłyśmy z galerii, a maleńtasek darł się dalej. Darł się na ulicy i na chodniku i pod teatrem i koło pubu i przez całą półgodzinną drogę do M, który już do nas biegł. A na ostatniej prostej, tuż przed zbawczymi ramionami M, spotkałam koleżankę z pracy. Maleńtas darł się CAŁY CZAS, przypominam. CAŁY. Ja spocona i też bliska płaczu, a tu wiadomo – trzeba uprawiać pracowe small talki, koleżanka zachwycajaca sie cute baby, a to śliczne baby właśnie w trakcie opętania.
A potem pojawił się M, wziął krzykacza na ręce i córeczka wreszcie usnela. W pionie, oczywiście. Tak, jak lubi. A ja, jak grzeczna i dobrze wychowana żona i matka, szłam za nimi i pchałam wózek.