12 tygodni 2 dni
Nawiązuje kontakt z nami. I ze światem. Próbuje chwytać zabawki – malutka twarz skupiona, skoncentrowana, wzrok wbity w jeden punkt, wyciąga rączkę, a ta ląduje obok zabawki. I znowu i jeszcze raz i jeszcze. I znów. I jeszcze raz. Rączki nieporadne ciągle trafiają nie tam. Ale próbuje, dziesiątki razy dziennie ten sam ruch – ech, gdybym ja tak ćwiczyła brzuszki jak ona rączki;)
Silna, wymagająca, z własnym zdaniem i nie da się przekonać. Mam wrażenie, że Adek był/jest delikatniejszy, bardziej ugodowy, łatwiejszy w obsłudze.

Co nie oznacza, że tak mu zostało.
Dziś miałam już dość spacerków po kwadracie z Morinką na ręku, od krawężnika do krawężnika naszego parkingu przed domem, jak to się odbywa ostatnimi czasy i pomyślawszy sobie kurcze blade raz kozie śmierć i kiedy tylko malutek zasnął włożyłam ja do wózka i poszłam na spacer. Chciałam kupić włóczkę w sklepiku niedaleko, 20 minut na piechotę. Zakupiwszy motek (tylko szybko, szybko!) rozochocona tym małym sukcesem nieopatrznie dałam się ponieść chwili i zaszłam az do dalekiego parku koło katedry (raptem pół godziny od nas). Bo tak ładnie spała. Tak ładnie żarło, aż zdechło, przed samym parkiem oczka PING! i koniec spania. Oglądałyśmy zatem dzieci grające w piłkę, gołębie, fontannę, oczywiście wszystko u mnie na rączkach, a kiedy już się zmęczyła nakarmiłam ją troszkę (przestałam się wstydzić wyciągać cycek publicznie – z Moriniakiem to nie przejdzie, jak jest głodna, to cycek ma być natychmiast! albo czeka mnie rychłe ogłuchnięcie) i miałam (malutką, co prawda) nadzieję, że uśnie i będę mogła ją włożyć do wózka. Ale nie było szans oczywiście. Do autobusu szłam z siedmiokilowym Moriniakiem na ręku popychając wózek przed sobą. Jakimś cudem podczas jazdy malutek zainteresował się frędzlami z mojego szalika i się nie darł, bo byśmy musiały wysiadać – nie wolno dzieci przewozić na kolanach.
Ale dojechałyśmy do domu. Ufff.
Bo na spacery, od kiedy utknęłam na pół godziny z wrzeszczącą dziewczynką na rogu Donore Avenue i Donore Street, dokładnie na tym rogu co go widać w oddali,

gdzie jest szaro szaro szaro i nie ma nic i musiałam dzwonić do taty, który właśnie na całe szczęście wracał z pracy, i nas uratował,
to chodzimy ostatnio tylko z M, który niesie krzykacza, jak zajdzie taka potrzeba.
Jak na przykład tu.

M z Moriniakiem na ręku. Idzie w stronę parku. Nie trzyma dziecka specjalnie do zdjęcia, tylko w ogóle go trzyma, bo malutek oczywiście oprotestował wózek i nie będzie w nim jechał za żadne skarby świata.
Ale dziś mi się upiekło:)
