Powinnam była to przewidzieć w momencie, w którym nakładałam gacie babuni, majciochy, które sobie kupiłam do porodu (dlaczego 6 par? dlaczego AŻ 6?), że dzień będzie ciężki. Taki dzień, jakie majciochy – ogromne jak namiot, blade jak prześcieradło, wzdęte żagle na falach trudnej matczynej rzeczywistości. Zakładane obecnie w chwilach wyższej konieczności, to znaczy, kiedy wszystkie inne czyste się pokończą.
A zaczęło się tak niewinnie – pojedziemy do lumpeksu poszukać M koszule do pracy. Maleńtasek zwiódł nas na samym począteczku – w autobusie aniołeczek śpi, w pierwszym sklepie śpi, a kiedy w końcu lekko zaczęła się wiercić poszukam jakieś knajpy i ją nakarmię, rzuciłam M. I wyszłam. Było pięknie, błękitne Dublińskie niebo, takie, jakie tylko we wrześniu, ostre słońce i powietrze, ale nie mogłyśmy przecież usiąść na środku ruchliwej dublińskiej ulicy, a nie było wolnego miejsca w przytulnej cafe, idealnej akurat do nakarmienia maleńtasa. Kiedy wreszcie znalazłyśmy kawałek podłogi w pierwszej w miarę, ale nic ponad tę miarę – zydelek z kawałka drewna wbijał się w tyłek, grzejąca lampa nad głową, która dawała na początku przyjemne ciepełko, po pół godzinie sprawiła, że pod kocykiem i maleńtasem karmionym piersią, swetrem, koszulą i stanikiem strumyki potu wezbrały jak Narew na wiosnę, ręka z tobołkiem omdlewała bez żadnego bocznego podparcia, gorąca zielona herbata za bardzo była wrzątkiem, żeby ją móc bezpiecznie pić nad zawiniątkiem z człowiekiem. I w ogóle po co, skoro i tak gorąco było jak w piecu. Powinnam była zamowić mrożony jogurt.
cdn