Jest trudno. Kiedy Morinka budzi mnie 5 razy w ciągu nocy mam dużo czasu na rozmyślania. Ale czas ten taki nocny jest, ciemny, zmęczony, więc i rozmyślania bardziej szare, a może nawet czarne. Niepotrzebne takie rozmyślania może, ale przychodzą i już, i człowiek nie ma wyboru. Czasem dochodzę z nimi do kresu i jedyne co mi pomaga, to mówienie sobie, że to są tylko rozmyślania, są tylko w mojej głowie, bo jak to tam ta rzeczywistość wygląda naprawdę to przecież nie wiadomo, a przyszłość to już w ogóle. Więc tak tej nocy chodzę sobie w mojej głowie tam i z powrotem i zaglądam do dołu i staram się go obejść, ale jak tylko zrobię krok w prawo i jakąś ścieżynkę znajdę w prawo, to znowu za zakrętem dół tenże się objawia. Jakby na nowo. W lewo to samo. I prosto. Wiem, że on istnieje tylko w mojej głowie, ale jakoś nie umiem sobie tego pstyczka w głowie przekręcić, żeby wyłączyć te ciemne fantazje, żeby pozbyć się z umysłu tej wizji nadciągającej katastrofy. I nas z dziećmi na ulicy.
Dziś byłyśmy z Morinką u pani (tydzień temu byłam pierwszy raz po przerwie i kiedy tłumaczyłam, że nie wiem, czy mogę przychodzić, bo Moriniak jeszcze malutki i nie jestem pewna jak zniesie trzy godziny beze mnie, pani zaproponowała, że mogę przyjść z Moriniakiem. A potem dodała, że bardzo chciałaby ją zobaczyć:) W końcu moja dziewczynka chodziła ze mną na terapię przez 9 miesięcy!). I dziś zrozumiałam, że jesteśmy z Mi fighters. Że walczymy. Że się nie poddajemy. Że nie rezygnujemy z czegoś tylko dlatego, że to jest trudne. Że cały czas, całe nasze życie walczymy i że będziemy walczyć i że dopiero będzie źle, jak się poddamy. Że życie jest trudne, ale nie puste. Nie jałowe. Nie wyprane z wszelkiego znaczenia.
Ale jest ciężko. Może nie tragicznie, ale trudno. Niepewność jutra zjada mnie od środka.
M był na rozmowie o pracę w mojej pracy (otwierają nowy oddział 100 km od Dublina i pomyśleliśmy, że nawet mógłby dojeżdżać. Nawet na jeden wykład). Manager stwierdził, że prezentacja była fascinating. Annette napisała mi, że bardzo ciekawie mówił. Ale i tak pewnie wzięli Irlandczyka z doświadczeniem. Nie dali jeszcze znać, ale już chyba po sprawie. Boję się, że na wyrwanie się z fabryki nie ma szans:(
A Morinka dziś 6 tygodni. I 5200, mój grubasek. Kto by pomyślał, że urodzę takiego żarłoka? Takiego Moriniaka, co nie prosi, ale się domaga, co nie płacze, ale się złości, nie marudzi, ale się wścieka? Taką siłaczkę, której się wydaje, że rządzi światem;)